Wywiad z Barbarossą

Avatar użytkownika

Wnętrze kajuty wypełnione jest rozmigotanym blaskiem kandelabru. Jej wyposażenie – bogate i eleganckie, dobrze oddaje charakter osoby, z którą zamierzam się spotkać. Słodki, lekko niepokojący zapach wypełnia powietrze. Zapach łączący woń krwi, soli, miodu i stali. Czuję, że już tu jest, choć jeszcze go nie widzę. Wszystko kołysze się lekko w rytm fal, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Jak bezpieczna może być jednak rozmowa z bezlitosnym kapitanem, który jest jednocześnie wampirem? Przełykam głośno ślinę i zbierając odwagę, odwracam się powoli. Wyłania się z cienia – wysoki i smukły. I wyjątkowo ogorzały jak na wampira.


Kronikarka: Witaj, kapitanie Barbarossa. Rozmowa z tobą to prawdziwy zaszczyt – nawet mi rzadko kiedy zdarza się odwiedzić prawdziwego króla korsarzy. Wokół twojej postaci narosło mnóstwo plotek, jedne bardziej szalone od drugich. Pewna z nich wyjątkowo przykuła moją uwagę. Historie opowiadane na morzu głoszą, że gdy się zdenerwujesz lub stracisz nad sobą panowanie, zamieniasz się w czarnego kota. Czy to prawda? Jak bardzo uciążliwe są te przemiany?

Barbarossa: Witaj, choć może raczej powinienem zapytać “Jak dostałaś się na mój okręt?”, ale niech już będzie – rozgość się (wskazuje na beczki po rumie – uniwersalne fotele pirackiego społeczeństwa). Ja również cieszę się ze spotkania i tego, że świat ma szansę o mnie usłyszeć. W końcu mało kto wie, że jestem królem… Piratów! Nie korsarzy. Piratów. Korsarstwo to dawne dzieje, walka i grabież pod obcą jurysdykcją i z obrożą na szyi. Teraz rabuję i zabijam dla samego siebie. Tym właśnie piraci różnią się od korsarzy. Brakiem strzelającego nad uchem bicza. Ale wróćmy do tematu plotek. Ta, którą przytaczasz, jest jak najbardziej prawdziwa. Pod wpływem silnych emocji potrafię zmieniać się w czarnego kota o dużych, żółto-zielonych ślepiach i miękkim futrze. To defekt mojej wampirzej przemiany; inni potrafią przybrać postać wilka lub nietoperza, a ja jedynie dachowca, który miauczy po nocach do księżyca w pełni. Dzieje się tak, gdy poddam się, jak już wspomniałem, silnym emocjom. Zazwyczaj jest to gniew, strach i miłość, których sporo doświadczyłem przez ostatnie lata. Sprawiają one, że moje ciało się kurczy i obrasta futrem, co, odpowiadając na kolejne pytanie, nie jest tak uciążliwe, jak proces odwrotny, kiedy wszystko wraca do normalności. Najgorszy w tym wszystkim jest ból w kościach i suchość w gardle, którą zaspokoić mogę jedynie krwią. Sama przemiana, podkreślam, to nic specjalnego.

K: Brzmi przerażająco i boleśnie. Ale gdy już jesteś kotem, to pomijając wszystko inne, jest to chyba całkiem dobry sposób na rozczulenie kobiety?

B: Oczywiście, jeśli takowa uwielbia koty. Jako kupka czarnej sierści niczym nie różnię się od przeciętnego myszojada. Lubię spać na miękkim, ubóstwiam drapanie za uszami, czesanie i głaskanie po karku. Często drapię pościel, zasłony, miauczę i mruczę w zależności od nastroju. Nie oszukujmy się, kobiety uwielbiają koty, wiąże się to zapewne z jakimś podobieństwem między tymi gatunkami, więc wpaść w łaski takowej nie jest wcale trudne.

K: Czy jesteś świadomy siebie w takim stanie? Taka przemiana mimo wszystko wydaje się lepsza niż wejście w skórę rozwścieczonego, zielonego olbrzyma, który mógłby kilkoma ruchami zniszczyć statek. Czego potrzeba byś wrócił do własnego ciała?

B: Czasu. To wszystko. Żadna magia nie sprawi, że emocje opuszczą moją głowę. Kiedy jestem kotem, myślę jak kot, ale tam w tyle siedzi prawdziwy Ja, który zmaga się ze wspomnieniami i myślami. Czasami zajmuje to godzinę, czasami trzy, a kilka lat temu kotem byłem cały miesiąc, co dopiero jest uciążliwe, kiedy wszyscy oczekują twoich rozkazów i wymagają, byś do nich wrócił. Zauważ, że jako kapitan tej analfabetycznej zgrai, zawsze powinienem być na posterunku.

Jako kot jestem świadomy jedynie niewielkiej części tego, co się ze mną dzieje. Są to głównie pojedyncze słowa, wirujące w moim najbliższym otoczeniu. Gdybym był kotem i ktoś cały czas by do mnie przemawiał, rozumiałbym co piąte słowo. Tak wolno pracuje wtedy moja podświadomość, jednak dobre i to.

K: Wracając do pirackiego życia, czy trudno jest połączyć życie wampira i kapitana statku? Kto przejmuje obowiązki gdy ty – powiedzmy, ulegniesz poparzeniom słonecznym lub właśnie zamienisz się w kota?

B: Nie jest to nic trudnego. Choć jestem wampirem, to jednak klasy wyższej, co oznacza, że dość dobrze radzę sobie z głodem i promieniami słońca. Jednak kiedy staję się niedyspozycyjny, dowodzenie przejmuje Adewall, kwatermistrz i moja prawa ręka, na którym jeszcze nigdy się nie zawiodłem. Wiedząc, że to on stoi za sterem mogę odpoczywać w spokoju i bez obaw o życie własne i załogi. Zwykle jednak, zanim zniknę w kajucie, zdołam wydać kilka rozkazów, które mają zostać spełnione. Daje mi to gwarancję, że pod moją nieobecność nikt nie odstawi samowolki, jak to mawiają.

K: Nie wiem czy wiesz, ale po alarańskich wodach pływa jeszcze jeden wampirat. Jest to Antar, pochodzący z północy kapitan Aquilona. Zdarzyło ci się z nim kiedyś spotkać?

B: Nie miałem tej przyjemności, ale ocean jest mały i wierzę, że kiedyś to nastąpi. W końcu jak duża jest szansa na to, by w świecie pełnym tylu okrętów do zatopienia, dwóch wampiratów będzie się bez przerwy unikać? Sądzę, iż niewielka. Chętnie więc poznam tego drugiego i wypiję jego zdrowie. A kto wie, może nawet wspólnie dokonamy jakiegoś abordażu.

K: A propos picia – jak zaspokajasz swoje zapotrzebowanie na krew na morzu, gdzie – spójrzmy prawdzie w oczy, występują dosyć ograniczone jej zasoby?

B: Może zabrzmi to dość makabrycznie, ale magazynuję ją w pustych butelkach po rumie i innych alkoholach. Mam w kajucie ładny zestaw komód, każda wypełniona buteleczkami z posoką, zbieraną podczas rejsu. Bo widzisz jako pirat często dokonuję abordażu, a złota zasada mówi, że gdy pokona się kapitana, jego załoga, jeśli natychmiast rzuci broń, może liczyć na wybawienie. To właśnie z grona ocalałych wybieram następnie jednego lub dwóch, zdrowych marynarzy i proszę swojego bosmana o upuszczenie z nich nieco krwi, która następnie ląduje w barku.

K: Ciebie oraz twoich wiernych kompanów łączy niezwykła więź – z częścią z nich razem zostaliście piratami, a niektórzy dołączyli do ciebie już po rozwiązaniu Hanzy Kupieckiej. Czy trudno jest dowodzić tak zróżnicowaną mieszanką ras, zwyczajów i charakterów? Zdarzają się wam zatargi na pokładzie Nautilusa?

B: Jest to dość trudne ponieważ nie sposób dogodzić wszystkim w takim samym stopniu. Zawsze jedna ze stron zostanie pokrzywdzona, ale grunt to być sprawiedliwym wobec wszystkich. Zatargi to nieodłączna część naszej dziennej rutyny, zwłaszcza podczas podziału łupów, gdy ci którzy czynnie walczyli otrzymują tyle samo, co zespół broniący w tym czasie okrętu. Ale na wszystko znajdzie się sposób. Stąd też każdy z moich ludzi jest równy, może wygłosić swoje niezadowolenie i podważyć rozkaz w każdej chwili; nie dzieje się tak tylko dlatego, iż moje rozkazy jeszcze nigdy nie uraziły moich ludzi.

K: Wracając do tematu pirackich podbojów – jak powiedział kiedyś pewien bard: “Każdy piracki władca potrzebuje dużego skarbca”. Twoim jest osławiona Wyspa Czaszek z wybudowanym na niej zamkiem. Kto sprawuje nad nią pieczę, gdy ty wyruszasz na kolejne wyprawy?

B: Raven, adoptowana córka mojego mentora i była narzeczona, z którą pozostaję w przyjaznych relacjach ponieważ prawda jest taka, że wyspa, o której mówimy, należy do niej. To, że Raven zgodziła się objąć funkcję majordomusa w posiadłości, nie odebrało jej praw do ziemi. Wyspę odkrył kapitan Xerath, nie należy ona do żadnego z królestw, toteż miał prawo sam ogłosić się jej właścicielem. Po swojej śmierci trafiła ona w ręce córki licha, która to z kolei pozwoliła mi składować tutaj skarby. Niestety wraz ze wzrostem łupów i kompanów musiałem znaleźć port dla wspólnych narad. Problem polegał jednak na tym, że łowcy piratów wciąż deptali nam po piętach, więc zamiast szukać przyjaznego portu, sami go zbudowaliśmy.

K: Czy mógłbyś przybliżyć mi plan związany ze zbliżającym się rejsem? Czy planując tak szerokie działania, rozważasz również opcję porażki? Aż ciężko sobie wyobrazić taką możliwość, ale ty wydajesz się przygotowany na wszystko.

B: Mój najbliższy rejs zakłada bezpieczne dotarcie do Maurii, a następnie powrót do domu. Wszystko pomiędzy pozostaje tajemnicą, nawet przed mną samym. Nie wiem co nas dokładnie spotka, może natkniemy się na łowców, może na siły sojuszu lub sztorm. Wolę teraz o tym nie myśleć. Czy rozważam porażkę? Nie, a to dlatego, że znam możliwości własnej załogi. Jesteśmy przygotowani, by podjąć rzucane nam wyzwania i bardziej już nie będziemy. Wszystko rozstrzygnie się na oceanie.

K: Mam również pytanie… wyjątkowo intymne. Proszę mi wybaczyć, ale o twoim romansie wśród piratów jest głośno, a oczywiste jest jak trudny jest to związek… Z córką tak potężnego nieprzyjaciela. Zastanawia mnie więc jedna rzecz: Czy wolałbyś, żeby Kiraie nigdy nie pojawiła się w twoim życiu?

B: Jeśli mam być szczery, to tak. Wolałbym nigdy jej nie spotkać, nie musiałbym teraz jej tak chronić. Nie zrozum mnie źle, wcale nie żałuję tego, że ją poznałem bo odkryłem w sobie coś więcej niż miłość do słonej wody i podrzynania gardeł, ale nawet na nią nie zasługuję. Kiraie to dziewczyna z dobrego domu, gdzie tam do niej buntownikowi pijącemu krew pokonanych. Mogłaby mieć każdego, a wybrała łotra spod ciemnej gwiazdy. Skoro już jednak postanowiła ze mną zostać, mam zamiar sprawić, by niczego jej nie brakowało.

K: Czy nie boisz się zostawiać ją samą na czas twojej nieobecności na wyspie?

B: Nie ponieważ Kiraie płynie ze mną. To jej samodzielnie podjęta decyzja i nie zamierzam jej tego zabraniać. Jest dorosła, wie w co się pakuję, a mi będzie przynajmniej raźniej. Wiesz, jak samotny może być wampir w trumnie?

K: Wierzę, że bardzo (śmieje się). Na koniec, wybacz mi śmiałość, chciałam zapytać o coś, co cały czas mnie intryguje. Zauważyłam, że zamiast jednej z dłoni masz magiczną protezę. Jak to się stało, że utraciłeś rękę? O ile oczywiście zamierzasz komukolwiek o tym opowiadać.

B: A zapewniali, że nikt nie zauważy… no, ale skoro pytasz to odpowiem, że nie jest to wielka tajemnica. Dłoń straciłem podczas starcia z jednym z moich byłych oficerów. Jak wspomniałem wcześniej, na Nautiliusie dochodzi czasem do zatargów, ale podniesienie na kogoś ręki to zjawisko rzadkie, lecz nie niewystępujące. To stało się latem, kiedy wracaliśmy z udanych łowów i zostaliśmy zatrzymani przez innych piratów. Wtedy jeszcze nie byłem taki sławny, ani nie siałem grozy i krótko mówiąc dostałem ultimatum: oddam połowę złota albo pożegnam się z życiem. Piraci rzadko wyżynają się nawzajem, o wiele częściej okradamy się i wykorzystujemy, ale z powodu naszej malejącej społeczności staramy się pływać w zgodzie. Wybrałem to pierwsze, mając już w głowie plan doskonałej zemsty. Niestety ledwo się rozstaliśmy, zarzucono mi tchórzostwo, czego nie mogłem puścić płazem. Mój oficer wyszedł wtedy z założenia, że byłby lepszym niż ja kapitanem i dlatego wypowiedział mi posłuszeństwo. Skrzyżowaliśmy szable, podczas starcia straciłem dłoń, a on życie. To w pewien sposób utrwaliło moją pozycję i nauczyło mnie dobierać sobie bardziej zaufanych kompanów.


Dziękujemy za ten smakowity wywiad i zapraszamy do wypatrywania pierwszej gwiazdki, a razem z nią świątecznych nowinek, które pojawią się już za tydzień! Do zobaczenia! : )

Hashira i Kerhje

Poznań nigdy nie odpocznie! Relacja ze zlotu.

W weekend 17-18 listopada 2018 r. odbył się zjazd forumowy, który każdy przybyły z pewnością może określić jako… najzimniejszy. Nie sprawdzałam temperatury ani razu, wokół padały hasła na temat stopni, ale mnie nie trzeba było słów. Wystarczyło spojrzeć na opatulonych w szaliki i grube kurtki uczestników, na zaróżowione policzki, drżące dłonie, choć niektóre postępowania okazywały się aktem prawdziwego poświęcenia i heroizmu! Jak na przykład – nie założenie czapki, bo kocie uszka na opasce lub złota korona nie mogły zostać przykryte skrawkiem materiału, da! Trzeba było grać kota, choć w tym wszystkim okazało się, że akurat Cętka postąpiła najrozsądniej, bowiem wcieliła się ona w cętkowe futerko w postaci piżamy-kombinezonu z mordką niezbyt wygórowanych w inteligencje ślepi pantery. Tak! Z pewnością Cętka miała doskonały kamuflaż! Nikt przecież nie zwróci uwagi na panterę w mieście..!

Ekhm, a może jednak zacznijmy od początku?

Oficjalne „otwarcie” spotkania rozpoczęło się w galerii połączonej z dworcem głównym w Poznaniu. Gdzieś między McDonalden a KFC większość uczestników zdołała już przybyć. Wyściskaliśmy się, wygłaskaliśmy pieseła Talara, a Cętka (jak prawdziwa kobieta i dama!) kulturalnie spóźniła się na wspólne powitanie na rzecz przyodziania kociego futra. Właściwie do teraz zastanawiam się, co tak naprawdę ją wstrzymało – szukanie drobnych do płatnej toalety w galerii (skandal!), czy faktycznie złożony problem zmiany wizerunku z człowieka na kota…

Talar mógł poczuć się odrobinę zagubiony pośród dwóch ludzkich kotów, ale chyba szybko pogodził się z tą myślą, bo czemu zrezygnować z dwóch par rąk do miziania z powodu różnicy uszu?

Lecz nasza przygoda zaczęła się bezpośrednio właśnie na Dworcu Głównym w Poznaniu. Tego nikt się nie spodziewał. Tego nie przewidziałaby żadna wróżka (nawet tesusilowa!). Nagle świat Alaranii na chwilę przeniósł się do rzeczywistości, gdy rozpoczęło się… polowanie na jednorożca. Ów tajemnicze i niespotykane stworzenie utknęło przyklejone do sufitu z małą ilością helu w sobie! Trwał w jednej pozycji, obrócony rogiem do podłogi i delikatnie kołysał się pod wpływem niewielkiego przepływu wiatru na stacji. Zdeterminowana drużyna szybko obmyśliła plan. Nie do końca doskonały… ale się udał! Kula szalikowa, kilka rzutów, starbucks za plecami, uciekający mężczyzna z wózkiem oraz atuty lasso sprawdziły się w wykonaniu tego jakże heroicznego czynu! Zdominowała tu kobieca chęć zdobycia balonu w kształcie jednorożca – taka okazja mogła się już przecież nigdy nie trafić! Upolowany unicorn został przymocowany sznurkiem do płaszcza organizatorki, by następnie zejść po unieruchomionych ruchomych schodach w oczekiwaniu na Sanayę. Z pewnością widok jednorożca, kotów i Talara nie mógł nie ująć jej serducha!

Będąc już niemalże całkowicie całkowitą drużyną, mogliśmy ruszyć dalej! Jeżeli jednak myślicie, że i to było łatwym zadaniem to… nie, wykreślcie z programu „easy lvl” w przypadku zjazdu forumowego. Otóż czy jest rzecz łatwiejsza od dojazdu tramwajem do mieszkania Callisto, by zostawić rzeczy? Okazuje się, że łatwiej byłoby nam przenieść góry niż wejść całą drużyną do zatłoczonego tramwaju. Jednorożce mają pierwszeństwo. Tesusil tym razem sprytnie podążył za tęczową grzywą, najwidoczniej wyczuł neutralizujące fale unicorna względem swego „farta”, lecz chyba nie wszyscy byli świadomi tego, że podążając za mną niekoniecznie dokonują wyboru odpowiedniego. Mój plan był prosty. Krzyknąć, że wsiadam do dalszych drzwi i po prostu wejść. Z radością wskoczyłam na sam brzeg tramwaju, a za mną podążył sznurek kolejnych ryzykantów, którzy to kolejno wciskali się do ciasnej puszki zwanej tramwajem. Sama ustawiłam się w drzwiach, by wspierać towarzyszy swojej misji, lecz Reinar został wypchnięty przez tłum na przystanek. Nie traciłam jednak nadziei. Przynajmniej do momentu, w którym nie rozległo się charakterystyczne pikanie zamykających się drzwi. Panika ogarnęła mój blond łepek! Dzielnie walczyłam z drzwiami, klikałam przycisk ile się dało, palcami myślałam, że dokonam cudu starając się rozsunąć boczne, poruszające się ściany. Moja rozpacz rosła w oczach, lecz drzwi okazały się mechaniczne nieposłuszne – zamknęły się. Reinar został na zewnątrz. Tramwaj odjechał. Selekcja naturalna okazała się silniejsza. Z najkrótszym stażem Reinar został wyrolowany przez komunikacje miejską w Poznaniu! Panie Reinarze! Pomożemy Ci nabyć wyższy lvl w pisaniu na Granicy, aby już żaden tramwaj Cię więcej nie wyselekcjonował!

Na całe szczęście River wraz z narzeczonym oraz Talarem mogli podwieźć samochodem naszego młodzika do domu Calli, aby i on mógł zostawić swoje rzeczy. I jak zawsze w trafnym momencie, gdy wszyscy w oczekiwaniu na jego przybycie postanowili w końcu zdjąć buty i rękawiczki, rozległ się dzwonek do drzwi. Kurtki więc szybko wróciły na nasze ramiona, bo czekał nas najbardziej kultowy spacer, który chyba nigdy nie zostanie zapomniany (Callisto szczególnie hue hue;>).

Osobiście odczuwałam wielką przyjemność z większej części tej przechadzki. Po drodze odnalazłam drogowskaz prowadzący do Pyrlandii, lecz my kierowaliśmy swój krok w stronę Jeziora Maltańskiego. Sama wiążę z tym miejscem miłe wspomnienia, choć dopiero w sobotę miałam okazję obejść jego tak ogromny kawał. Mój mózg wyłącza się całkowicie w obecności wody, jako że jest to naturalne środowisko żab – nikogo to nie powinno dziwić. Momentami miałam ochotę stanąć i wpatrywać się w giętkie linie jeziora, podziwiać malutkie światełka optycznie odlegle ułożonego miasta i cieszyć się tą chwilą. Mój umysł bezczelnie wyprał się ze wszelkich przemyśleń, gdy to po raz kolejny zwróciłam głowę w kierunku Malty. To sprawiło, że w tym jednym momencie przestałam być pracownikiem, mój telefon nie sięgał rzeczywistości, a ja po prostu żyłam tym co było tu i teraz. Świadomością ilu cudownych ludzi mnie otacza, że wszystkich łączy ta sama pasja. Wydawałam się (sama dla siebie) nieco oderwana od towarzystwa (przynajmniej umysłem!). Czułam się tak, jakby nagle wyszedł ze mnie duch i stanął z boku doceniając tę chwilę. Ten zbiór jednostek, który śmieję się i przeklina pogodę. Wdychałam powietrze i dzieliłam się nim, jak i przestrzenią, z ludźmi, których coś łączy. Uczucie to jest odrobinę dziwne, bo zazwyczaj separują nas kilometry, nie słyszymy swojego głosu, czytamy komunikatory, a raz na jakiś czas możemy siebie zobaczyć. Wiem, że tego dnia nie było nas wszystkich, ale pozwoliłam sobie cieszyć się tymi, którzy są.

A potem, z mojego letargu budziły mnie powtarzające się słowa:

– Daleko jeszcze?
– Calli prowadzi nas do Zasiedmiogórogrodu.
– Może obchodzimy jezioro dookoła?
– Calli, daleko jeszcze?

Ta sielankowa (dla mnie) chwila miała swój koniec, gdy dotarliśmy do hałaśliwych ulic. Wówczas mróz znokautował moje policzki, nos, dłonie, uda… i właściwie cały mnie sparaliżował. Będąc nieopodal linii tramwajowych dotarł do mnie stan obejmujących wszystkich wokół, choć jak się później okazało – większość twierdziła, że najzimniej było nad jeziorem. Tak, jestem dziwakiem wśród dziwaków <3

Ale udało nam się! Dotarliśmy na rynek! I wiecie co? Odbyliśmy godzinny spacer tylko po to by spędzić w centrum Poznania może z dwadzieścia minut swojego życia? Obejmowało to zjedzenie makaronu na wynos, zamówienie kebsa, dwa shoty w Czupito, a potem zaliczenie żabki (sklepu!), by następnie wrócić do ciepłych kątów mieszkania Calli. A tam czas płynął nam jeszcze przyjemniej (głównie dlatego, że było ciepło haha!).

Dołączyli do nas założyciele forum, Meridion oraz Niara, a potem z wrodzoną intuicją (i pewne z Google maps) dotarły Kerhje oraz Hashira. Teraz mogliśmy dać upust naszej znajomości! Rozmowy i śmiech nie miały końca. Jednorożec zdobył rzeszę fanów oraz był chyba najczęściej fotografowanym elementem tego wieczoru. Cętka dokonała kultowego pchnięcia nożem w plugastwo, a Calli odkupiła swoje grzechy pizzą, lecz tak naprawdę, nad naszymi umysłami zawładnęła Fibby! Piesełka Callisto, która w życiu nie dostąpiła tylu pieszczot! Była głaskana, niechcący dokarmiana, no i pasowały jej kocie uszy. Z lekkim sercem mogę śmiało stwierdzić, że był to udany wieczór.

Oraz niedzielny poranek! Niestety ten dzień okazał się też tym smutnym, w którym przychodzi nam zawsze szybko żegnać uczestników zjazdu, lecz ci, co mieli okazję zostać jeszcze kilka godzin dłużej w Poznaniu doznali zaszczytu spotkania Kany! Uroczyście została przez nas powitania, ponieważ część uzbroiła się w najlepszy element garderoby – koszule. <3 Czas mijał, kolejne godziny zmuszały do opuszczenia Wielkopolski, ale myślę, że nikt nie żałował decyzji pojawienia się na naszym ala halloweenowym zjeździe.

Koniec brzmi ładnie, prawda? Ale dla skomplikowania sytuacji dodam, że Kana nie zdążyła na powrotny pociąg w niedzielę, a ja zostawiłam kilka rzeczy u Calli… w tym zielone, żabie spodnie. No i jeszcze na koniec końców chciałam pogratulować Tesowi za to, że pierwszy raz udało mu się złożyć śpiwór <3

Do zobaczenia następnym razem!

~Frigg


To teraz mała prywata ode mnie!

Kochani, nie macie pojęcia, jak cieszę się, że byliście. Było mi przesympatycznie Was gościć i żałuję tylko, że nie mogłam wszystkim poświęcić tyle uwagi, ile bym chciała – mam nadzieję, że Fibby nadrabiała za mnie! Jeśli o spacerek chodzi, to szczerze i zupełnie nie żałuję, następnym razem po prostu pójdziemy w lepszą pogodę, bo czeka na nas jeszcze poznańskie zoo latem! >3

Na koniec lista pozostawionych fantów:

– czarne słuchawki nausznikowe – sztuk 1, właściciel – Reinar,
– czarna czapka zimowa – sztuk 1, właściciel – Szopeł,
– zielone żabie spodnie – sztuk 1, czarna opaska – sztuk 1, właściciel – Żaba
– Kana, sztuk 1 <3 (bezpiecznie powróciła dnia następnego).

Zguby zostaną odesłane/odwiezione, zgodnie z życzeniem zapominalskiego ^.^

Ściskam Was wszystkich i każdego osobna,

~Callisto

 

Komiks Esmeraldy!

Wcale nie tak dawno temu do Karczmy pośród mgieł przybyła urocza bardka Nevaeh. Jej nadejście przyciągnęło spojrzenie sssssił zła…
Bo – jak to mawia Medard Alaric Ulric von Karnstein de Nasfiret –  gdy na czacie jest Wonsz, zawsze coś się dzieje.
Przed Wami historia biednej Nevaeh uzbrojonej jedynie w wiertarkę, okropnego Wensza i Medarda egzorcysty ruszającego na pomoc. A uwieczniła ją nasza wspaniała Esme! 😉

A gdybyście pragnęli więcej, tutaj jest caaaały wątek poświęcony tym genialnym komiksom uwieczniającym życie w Alaranii <3
Hashira i Kerhje

Kartka z dziennika Kinalalego

Chodźcie, chodźcie, bo sprzedajemy historie! Najlepsze w całej Alaranii, jeszcze ciepłe! Dzisiaj czeka na nas dziennik, tym razem nie nasz, ale za to absolutnie przepyszny. Zapewne niejedna (i niejeden!) z Was w skrytości ducha marzyła, żeby ją przeczytać. Kartka z pamiętnika Kinalalego!


Znam tyle słów, jak chyba nikt inny i do niedawna jeszcze z niezachwianą pewnością siebie twierdziłbym, że nie ma niczego na tym świecie, czego nie potrafiłby w nie ubrać, bo zdawało mi się, że odpowiednio wrażliwa dusza wystarczy, by na głos móc wyrazić to, co się w jej wnętrzu kłębi. A jednak teraz cierpię i to w dwójnasób.
Avatar użytkownikaPo pierwsze przez to co czuję. Znam imię tej emocji, znam jej siłę, która niszczy i buduje, znam smak słodki i gorzki zarazem, bezwzględnie uzależniający. Nie nazwę jej jednak na głos ze strachu, bo niczego nie lękam się tak bardzo, jak oddać się jej bezwarunkowo i ją utracić – nie muszę być medykiem ani ciała ani duszy by wiedzieć, że byłby to dla mnie cios śmiertelny, z którego nigdy bym się już nie odrodził. Wszyscy wkoło jednak wiedzą co czuję, im powiedzenie tego głośno przychodzi z łatwością, której chyba zaczynam im zazdrościć… Ach, o ileż lżej by mi było na sercu, gdybym miał chociaż cień pewności, jakiejkolwiek pewności, a nie tylko setki pytań bez jasnej odpowiedzi. Ja, który przez tyle lat opiewałem uczucia w swych wierszach, opowiadając o nich najpiękniej jak potrafiłem, ja, który tyle razy radziłem i wspierałem, ja, który tylekroć doświadczyłem wdzięczności od dusz, które w moich wierszach znalazły ukojenie… Okazałem się być przegranym. Niczym mędrzec wśród głupców… okazałem się być największym głupcem.
Po drugie przez lęk i niepewność. Boję się od kiedy tylko me serce zaczęło bić w rytmie serca innej osoby, lecz strach strachowi nigdy nie jest równy i tak, jak wcześniej mógłbym w przypływie śmiałości nazwać go lękiem przed nieznanym, który na swój sposób potrafi zachęcać, nęcić i dawać odwagę, ale i szczęście i ekscytację, tak teraz… Me serce mnie paraliżuje. Mówi „stój” i „idź” zarazem. Każe się zatrzymać i przemyśleć to co robię, nieustannie zatruwa me myśli wątpliwościami: czyż to uczucie, które tak mnie obezwładnia i uzależnia, nie jest przypadkiem tylko i wyłącznie wyrazem mojego pragnienia i tęsknoty, jedynie fantomem a nie prawdą. Lecz nie, bo gdy zdawało mi się, że tak dobrze pamiętam słodycz spełnienia, tej pełni egzystencji, którą daje dzielenie serca, które bije w jednym rytmie w dwóch ciałach, list przewiązany wstążką z wodorostów uświadomił mi, w jak wielkim błędzie byłem.
Lecz co teraz? Podążać czy trwać? Sam już nie wiem… Zdawało mi się, że tu, w Danae, byłem bliżej spełnienia niż kiedykolwiek wcześniej, bo me serce zaczęło śpiewać inną pieśń, a na swych ramionach czułem pieszczotliwy dotyk spojrzenia, które było przeznaczone jedynie dla mnie. Lecz gdy spojrzałem za siebie, by móc nareszcie stanąć naprzeciw tego jedynego, wyjątkowego, jego tam nie było, a mnie znów zdjęły wątpliwości, czy nie były to tylko moje wyobrażenia, emanacja pragnienia, które zajmuje moje serce i umysł już stanowczo zbyt długo. Boję się, czy zostając tu nie tracę czasu, który jest nam przeznaczony, bo może on czeka zupełnie gdzie indziej. Lecz co jeśli jest zgoła odwrotnie? Co jeśli on naprawdę tu jest, na wyciągnięcie ręki, tak blisko, tuż koło mnie… A ja go nie widzę? Albo co gorsza widzę, mijam go co dzień na ulicy, pozdrawiam, ale moje serce nie wyrywa się do niego, nie podpowiada mi i niczego nie sugeruje, a tymczasem jemu odwagi starczy tylko na tyle, by zerknąć za mną tęskno, gdy odchodzę tak błogo nieświadomy… Dlaczegóż to nigdy nie może być łatwe? Dlaczegóż zawsze czuję strach i tyle niepewności? Czy to cena, jaką każde z nas musi zapłacić, by zdobyta zbyt łatwo nagroda nie straciła niczego ze swej słodyczy, by docenić ją w pełni tak jak na to zasługuje?
To oznacza jednakże, że jest nadzieja! Bo skoro teraz moje serce ściska bolesna obręcz niepewności, a ja jestem bliski szaleństwa z rozpaczy i rozterek, oznacza to, że jestem blisko i wkrótce… W końcu…


Chwyta za serce, prawda? Przy okazji chcieliśmy przypomnieć, że pojawił się nowy bestiariusz, a jego kolejne strony są nadal opracowywane. Link Tutaj.

Dla wszystkich, którzy lubią pisać pod presją czasu i zabierają się do pracy na ostatnią chwilę przypominamy również, że zostały jeszcze trzy dni naszego konkursu – termin nadsyłania prac upływa 25 listopada o godzinie 23:59. Link Tutaj.

Hashira i Kerhje

Wywiad z Hashirą i Kerhje

Świat staje do góry łapami!

 

Rzecz niesłychana! Różowa kanapa gości dzisiaj osoby, które to zwykle na nią właśnie zapraszają inne osoby.


Gdy Hashira i Kerhje weszły do pomieszczenia, prócz znanej sobie kanapy zastały mały stolik z ustawianymi na nim kryształowymi kielichami wypełnionymi ciemnoczerwonym płynem, pochodzącym ze stojącej pośrodku butelki. Mężczyzna rozparty na fotelu znajdującym się nieopodal i ubrany w charakterystyczny ciemnozielony płaszcz odezwał się do nich:

Meridion: Witacie drogie damy. Napijecie się może? To jedno z najlepszych win produkowanych w Rapsodii.
Kerhje:  (próbując ukryć ekscytację ostrożnie siada na kanapie, wypróbowuje jej miękkość, po czym z podejrzliwością zagląda do kieliszka) Hmm… Witaj, mój drogi! Co prawda ciężko zaufać komuś, kto zmusza cię do przebywania po TEJ DRUGIEJ STRONIE, ale czego nie robi się dla szefa. Skoro wino jest tak wyśmienite… Ale mam nadzieję, że bez procentów! Albo chociaż odpowiednie dla krwiopijców. W końcu jestem w jednej ósmej wampirem.

Hashira: (siada z uśmiechem na kanapie. Różowość zerka na nią niepewnie, nie wiedząc jak powinna się zachować wobec faktu, że potencjalna ofiara to osoba, która zazwyczaj ją karmi.) Dobry wieczór! Wino wygląda wybornie! Choć jego obecność, tak jak i twoja jest dużą niespodzianką i świadczy o tym, że powinnyśmy ponownie przyjrzeć się naszemu systemowi ochrony.

K: (nachyla się do Hashiry) Psst, to nasz szef. Jego ochrona zawsze przepuści.

H: (krztusi się winem i ostrożnie odstawia kieliszek, uśmiechając się jeszcze szerzej) Aaaaa ^^

Meridion: Oh, system ochrony jest wyśmienity. Po prostu znam tą krainę na wylot i umiem się po niej doskonale poruszać. Nie mówmy jednak o mnie, nie po to dzisiaj się z wami spotykam. Wiele osób o was ostatnio mówi i chciałoby się więcej dowiedzieć o naszych drogich Donosicielkach. Mnie też zżera ciekawość, a to nieczęsto się zdarza. Nie bójcie się, nie gryzę – dodaje widząc nerwowe spojrzenia w jego kierunku. – No dobrze, zacznijmy od czegoś prostego. Jak zaczęła się wasza przygoda z PBFami? Czy Granica była pierwszym miejscem gdzie raczyłyście się tą formą rozrywki, czy też wasza przygoda zaczęła się dużo wcześniej?

H: Jeśli o mnie chodzi, to Kerhje wciągnęła mnie w PBFy i Granica faktycznie była moim pierwszym forum tego typu. Rozglądałam się potem po innych, ale żadne nie urzekło mnie aż tak bardzo. Za to jeśli chodzi o szeroko pojęte pisanie – czy to opowiadań czy wierszy, to trwa już o wiele dłużej. Byłam zawsze molem książkowym i moją głowę wypełniało mnóstwo pomysłów. Pamiętam, że pierwsze opowiadanie, które napisałam (wielkim, gryzmolastym pismem w czerwonym zeszyciku z lwem na okładce) było o jakiejś czarodziejce, która próbowała uratować krainę poprzez dostanie się do zaklętej wieży pośrodku srebrnego jeziora. Dużo w tym było inspiracji z “Niekończącej się historii”, która była w tamtym czasie moją ukochaną książką.

K: Mówią o nas… A to ci dopiero… No racja! Zalegam z postami. Przepraszam was, kochani moi współwątkowicze! Ale tak, tak… Początki. Nie, Granica nie jest moim pierwszym PBFem. Wcześniej podróżowałam po innym, wyjątkowym świecie. To było jakoś w gimnazjum, czyli kilka lat temu. Potem przerwałam i całkiem zapomniałam o takiej formie rozrywki. Aż któregoś razu zaczęłyśmy pisać z Hashirą naszą własną historię w bardzo dokładnie opisanym świecie – państwie-mieście Uzam. Robiłyśmy to tak, jak mogłoby to wyglądać na forum. I jakoś… samo tak wyszło, że przypomniałam sobie o PBFach. Nie pamiętam dokładnie tej chwili, ale zaczęłam szukać jakiś nowych światów, a Granica od razu przyciągnęła moją uwagę. Zachwyciło mnie to, jak bardzo jest rozbudowana i że ma nieco lżejszy klimat, niż poprzednie forum, na którym pisałam.

M: To częściowo odpowiada na kolejne pytanie które chciałem wam zadać, jednak czy możecie zdradzić co najbardziej sprawiło, że Granica okazała się tym miejscem, w którym zostałyście na dłużej? Czy był to świat, ludzie którzy tu piszą, czy może coś innego? Kerhje, wspomniałaś, że tworzyłyście opowiadanie we własnym świecie. Nie przyszło wam przez głowę, by założyć własnego PBFa?

H: Świat Granicy jest niesamowicie rozbudowany i to chyba stanowi dla mnie najbardziej o jego magii. I cały czas rośnie! (chociaż wtedy tego nie wiedziałam). Na początku mocno się denerwowałam, bo wewnętrznie jestem dosyć nieśmiała, jednak niesamowicie ciepłe przyjęcie dużo ułatwiło. Mówi się, że im bliższe poznanie, tym większe rozczarowanie (śmiech). Nic bardziej mylnego w tym przypadku! Im dłużej tu jestem tym bardziej uwielbiam ludzi z Granicy, i tych nowych i starych wyjadaczy. To wspaniała społeczność i jestem dumna, że stałam się jej częścią. Ostatnio odkryłam też urok tworzenia powiązań między postaciami i zaczęłam dostrzegać sieć, która istnieje między najróżniejszymi bohaterami. Alarania cały czas mnie zaskakuje. Jak jej nie kochać?
Co do tworzenia własnego PBFu to chyba najbardziej przeraża mnie ogrom pracy technicznej jaki trzeba włożyć, by stworzyć coś tak dobrze funkcjonującego jak Granica. Widzę go coraz bardziej, obserwując twoją pracę (kłania się z uznaniem w stronę Meridiona). Chyba nie byłabym w stanie tego ogarnąć.

K: Chyba chodziło najbardziej o możliwości, które daje to forum. Jest bardzo szczegółowo opisane, ale wbrew pozorom to nie ogranicza, tylko pobudza wyobraźnię. Poza tym jest ładnie i przejrzyście zaprojektowane. To też zachęca. Kolejna rzecz to popularność. Bardzo mi zależało na tym, by na forum dużo się działo, ale choć wybierałam forum na podstawie aktywności, to i tak liczba aktywnych użytkowników przerosła moje oczekiwania i wymagania. Niesamowite, tu niemal każdego dnia pojawia się ktoś nowy.
A co do własnego forum… Nie, nie myślałyśmy chyba o tym. Hahira ma rację: Za dużo z tym pracy (choć w przeszłości próbowałam zakładać własne fora… Miałam na przykład… (chowa się za kieliszkiem) psychiatryk), a nam zależało na rozrywce po prostu. Zresztą tamten świat jest nasz i konkretnie dla tych dwóch szczególnych postaci, którymi pisałyśmy. Swoją drogą, postać, którą stworzyłam na rzecz naszej opowieści jest pierwowzorem Kerhje. Ma trochę jej charakterek, ale przede wszystkim odziedziczyła nazwisko. Z Torr-uny zrobiła się Kerhje Una. Choć w opowiadaniu “una” była końcówką dodawaną do żeńskich imion rasy Uzamczyków.

M: No właśnie, mówicie o ogromnych możliwościach, dlaczego więc postanowiłyście w pierwszej kolejności wcielić się w ludzi? A przynajmniej w przeważającej części ludzi (puszcza oko do Kehrje). Skoro jest tak wiele innych dostępnych ras…

K: To bezpieczny i skromny wybór. Przynajmniej w moim wypadku. Nie przepadam za przekombinowaniem, dlatego na początku chciałam pokazać, że potrafię pisać dobrze i ciekawie postacią, która z racji rasy może wydawać się zwyczajna. Poza tym często w fantasy to dość oryginalne być… po prostu człowiekiem. Choć ostatecznie Kerhje i tak okazała się dość… wyjątkowa.
W każdym razie… Chciałam się skromnie, ale zaskakująco zaprezentować, wybadać forum i potem zacząć pozwalać sobie na więcej. A ostatecznie wyszło, że też mam pokręcone postaci.

H: Moją pierwszą postacią była Vestra, która jest chochlikiem. Pomysł narodził się, gdy siedziałam w pracy i wyobrażałam sobie jak Vestra przyjmuje zasmarkanego smoka. Hashira była następna i historia jej powstania jest nieco smutna. Pisałam jej kartę, kiedy opiekowałam się moim czarnym kocurem, Kajtkiem, który był wtedy w stanie krytycznym. Chyba stąd wzięła się cała idea Krwawego Zakonu i Rytuału Snów. Potem stwierdziłam, że Hashira jest najbardziej do mnie podobna, z zachowania i wyglądu (no dobrze, łączą nas tylko ciemne włosy i człowieczeństwo, ale to zawsze coś :p) i jakoś tak została moim oficjalnym granicowym nickiem.

K: Charakterek też was łączy. Wojownicza i kochana. Poza tym Kerhje i Hashirę połączyła niezwykła więź, tak samo jak nas w prawdziwym życiu.

H: (tula mocno drugą kronikarkę) Kochana siostra!

M: (Brwi Meridiona uniosły się w zaskoczeniu.) No proszę, a byłem przekonany, że Hashira była twoją pierwszą postacią. Zwykle gracze rozpoznawani są po ich pierwszych postaciach. Wracając do wcześniejszej wypowiedzi. Dziękuję za uznanie, jednak pragnę sprostować, że chociaż faktycznie od strony technicznej jest sporo zajęcia, to jednak wszystko to istnieje dzięki wytrwałości naszych różowych administratorek, a zwłaszcza Niary, która od początku poświęca ogrom swojego czasu na swoje ukochane dziecko, jakim jest Granica. Świat nie istniałby również bez graczy, którzy wprawiają go w życie. No i nie zapominajmy o waszej roli. Dzięki Donosicielowi, osoby takie jak ja mogą z łatwością śledzić, co dzieje się w różnych zakątkach krainy. No właśnie, skąd pomysł na Donosiciela?

H: Vestra przez długi czas była niewidoczna, bo jej wątek szedł bardzo powoli. Stąd większa rozpoznawalność Hashiry właśnie. Co zaś się tyczy Donosiciela, to zainspirowały nas nowinki, wrzucane co jakiś czas na facebookowe konto Granicy. Chciałyśmy w tamtym okresie pisać coś więcej niż tylko wątki i ożywić jakoś Granicę. Pomysł wyewoluował bardzo szybko, a dzięki entuzjastycznej reakcji administratorek, niebawem mogłyśmy ruszyć z pierwszym wydaniem. Na początku nie wiedziałyśmy jak ludzie to przyjmą, ale z całą pewnością nie spodziewałyśmy się aż tak dużego entuzjazmu, który z resztą cały czas sprawia nam ogromną radość.

 K: Oooh, pamiętamy kto utrzymuje to forum i je rozwija. 🙂 I tak, Donosiciel powstał przez nasze zainteresowanie stroną Granicy na fb. Sanaya wrzucała co jakiś czas ploteczki i stwierdziłyśmy, że to świetny pomysł, ale szkoda, że tak rzadko się pojawiają. A potem… Ojej, chyba ktoś nam zaproponował coś więcej. Rany, mam luki w pamięci (wypija więcej wina).
Ah, to cudowne, że ludziom tak się podoba nasz Donosiciel, że nam przy nim pomagają. Ale to też ciężka praca, choć z pewnością uczy wielu rzeczy, np. rzetelności i regularności.

M: Właśnie chciałem zapytać, skąd bierzecie siły i czas by utrzymywać Donosiciela w tak świetnym stanie i publikować go regularnie, dorzucając jeszcze od czasu do czasu dodatki? Szczerze powiedziawszy na początku mieliśmy obawy, czy otwieranie bloga to dobry pomysł, jeśli po kilku miesiącach wypalicie się i zrezygnujecie z pomysłu. Na szczęście nasze obawy okazały się bezpodstawne i blog żyje o wiele bardziej niż tego się spodziewaliśmy.

H: (śmieje się głośno, popijając słodkie wino) Czasami sama się zastanawiam gdzie znajdujemy na to czas! To ciągłe lawirowanie pomiędzy wątkową hydrą (która wiecznie się tuczy), pracą, relacjami z innymi ludźmi… (przy okazji podzielę się z wami bardzo radosną nowiną: brat Kerhje mi się oświadczył! Więc już oficjalnie jesteśmy siostrami!), szczeniakiem (Kori to ten pocieszny kłapołuch, której zdjęcie było w jednym ze starych Donosicieli) i hobby, na które też wypadałoby wyrwać czasem parę chwil! Chodzi chyba przede wszystkim o to, że obie kochamy pisać Donosiciela i nawet jeśli czasem jesteśmy zmęczone, sprawia nam to bardzo dużo frajdy. Chciałybyśmy też z czasem urozmaicić Dodatki, ale to plan na następne wydania. No i przede wszystkim obserwowanie reakcji użytkowników i każde ciepłe słowo bardzo nas nakręcają, a świadomość, że ktoś czeka na kolejne wydanie dodają sił nawet w najtrudniejszych momentach.

K: Też mnie to czasem zastanawia. Bywa ciężko, ale czasem prosimy o pomoc użytkowników (wielkie dzięki wszystkim, którzy nas wspierają. I Call za to, że cały czas nas nadzoruje. ), innym razem mamy coś już wcześniej przygotowane. Na zapas. Najczęściej jednak budzimy się w ostatniej chwili i pracujemy na najwyższych obrotach. Ale ciiii…. Wiele dodatków robi Kana, do niektórych ludzie sami się zgłaszają. Wywiady to zawsze czysta przyjemność i każdy chętnie bierze w nim udział. A wiadomo, na przyjemności czas zawsze jest. Czasem mamy też nagły przypływ weny i coś skrobiemy. Hahshira jest pod tym względem nieoceniona.

M: Słyszycie czytelnicy? Proszę chwalić nasze kochane Donosicielki na każdym kroku, a strumień donosów nie przestanie płynąć ( śmieje się mówiąc pół żartobliwie – pół serio). Hashira, gratuluję zaręczyn i bardzo cieszę się na nie. Powiedz, czy możemy liczyć na to, że twój wybranek kiedyś zawita na Granicę?

K: (śmieje się pod nosem) Gdyby tak się stało, albo zniszczyłby system, albo został krasnoludzkim handlarzem z niezłą smykałką do interesów i nieodłączalnym kuflem pełnym najdziwniejszego soku na Łusce.

H: Dziękuję bardzo! (Uśmiecha się od ucha do ucha) Nie wiem, czy to się kiedyś uda, choć przyznam po cichu, że bardzo bym tego chciała. Cały czas go namawiam, z resztą jest na bieżąco z większością moich wątków, ale ciągle uparcie stawia opór. Może kiedyś.

M: Doskonale to znam z autopsji! Sam jestem odpowiedzialny za to, że Niara zainteresowała się PBFami, więc może i w twoim wypadku to podziała. Wspólne zainteresowania zbliżają. Właśnie, czy poza PBFami (i książkami zapewne) macie jakieś inne hobby?

H: Kerhje, myślę że byłby całkiem spokojny, przynajmniej na początku. Choć na pewno wyszedłby z niego diabełek testujący granice wytrzymałości naszego alarańskiego świata. Więc może dla dobra Prasmoka póki co niech pozostanie obserwatorem xD
Jest kilka rzeczy, które lubię robić w wolnym czasie, o ile uda mi się taki wygospodarować. Maluję na płótnie i szkicuję, teraz być może nieco mniej niż kiedyś, ale nie zawiesiłam jeszcze pędzla na kołku. Uwielbiam się bawić kolorami, a wielobarwny, fantastyczny krajobraz to chyba najlepszy sposób na wyrzucenie z siebie nagromadzonych emocji. Z innych pasji już od dłuższego czasu strzelam z łuku. Ostatnio zostałam nawet dumną posiadaczką własnej Diany, to piękny łuk o stosunkowo prostych i surowych liniach. No i jest też śpiewanie! Śpiewałam w chórach przez ładnych kilka lat, nie tylko w szkole, ale również na studiach. Z resztą nucenie pod nosem działa nie tylko wtedy, kiedy mam dobry humor. Kiedy się denerwuję jest jak zawór bezpieczeństwa, który nie pozwala mi się przegrzewać. Rzeczy takie jak książki i planszówki to być może nie hobby, ale też pożerają sporo mojego wolnego czasu 😛

K: Hashira to najlepszy i najmilszy i najcierpliwszy i… Ah, najfajniejszy mistrz gry. Również uwielbiam planszówki, ale wiem o nich zdecydowanie mniej. Mimo to, zauważyłam, że jak poznaję ludzi, to pytanie o to, czy lubią w nie grywać, stało się tradycją. Uwielbiam spędzać czas na graniu z innymi. Na żywo. To niesamowite emocje. Ostatnio polubiłam RPGi mówione. Byłam z Cętką, Reinarem i Erremirem  na konwencie w Toruniu i zagrałam pierwszy raz na poważnie, z obeznanym miszczem gry. To była historia o Cthulu, a ja byłam… prostytutką, ale było tak wspaniale, że chciałabym w to grać jak najczęściej.
Jeśli jednak o inne pasje chodzi… Właściwie to nie mam jakiś takich niesamowitych prawdziwych. Cały czas interesuję się czymś nowym. To, co zawsze jednak wraca to kosmos, pisanie tekstów wszelakich, filmy (w tym roku zaczęłam studiować filmoznawstwo praktyczne) i tworzone przeze mnie samą seanse łączenia się z częściami Wszechświata. Wiem, może to ostatnie ciężko zaliczyć do pasji, ale ogółem fascynuje mnie to, jak ludzie odbierają świat, czym ten rzeczywiście jest, w jaki sposób możemy się z nim łączyć i komunikować na wyższym poziomie. Ale przy tym wszystkim wyznaję wiarę w naukę. Poza tym uwielbiam skandynawskie (słowiańskie też!) klimaty. Wikingowie i te sprawy. Przez 2 lata uczyłam się norweskiego, a moim rajem jest Islandia. Ale chyba największą pasją jest muzyka. To moje życie. Sama niewiele gram… Trochę na perkusji, a marzy mi się bęben obręczowy, może szamański, ale… muzyka niesamowicie mocno oddziałuje na moje życie. Tak mocno, że czasem czuję, jakbym była drobinką w powietrzu, w którym rozchodzą się dźwięki. Te najczęściej pchają mnie w określonym kierunku, a ja się im poddaje, ale zdarza się, że wskakuję im na grzbiet i wybieram w podróż ku źródłom melodii. Umysł jest muzyką. Z całą pewnością.

H: Nic dziwnego, że spod twojego pióra wychodzą takie postacie jak Umm! Co do skandynawskich klimatów to wróciły do mnie wspomnienia festiwalu Słowian i Wikingów, na którym byłyśmy razem. Chyba wtedy pierwszy raz zetknęłam się na żywo z tym niesamowitym światem w takim natężeniu.

M: O, fascynujące pasje. Cieszę się, że zapytałem o to, może dzięki temu wywiadowi odezwie się do was ktoś, kto je podziela. Grywacie w RPG. Powiedzcie czy przyszło wam przez myśl by zorganizować jakąś sesję dla graczy z Granicy? Może przez Discorda? O ile pamiętam, kiedyś padł taki pomysł, jednak wtedy nic z tego nie wniknęło. Szczerze przyznam, że sam ogromnie chętnie zagrałbym z wami w tej formie.

K: Reinar planuje coś takiego. Chyba właśnie nawet online. Cętka już zaprasza do Gdańska, ale na takie granie na żywo.

H: Bardzo chciałabym wziąć udział w czymś takim! Ale jako gracz, a nie mistrz gry, bo nigdy nie prowadziłam takiej sesji. Swoją drogą klimaty Lovecrafta uwielbiam, nawiązując do tego, o czym wspominała Kerhje. Myślę że bez względu na tematykę, taka sesja z użytkownikami Granicy może wyjść naprawdę świetnie.

M: Trzeba będzie zatem o tym pomyśleć! Drogie damy, jak już wspomniałyście, trafiłyście na Granicę razem i jesteście ze sobą bardzo zżyte. A jak się poznałyście? Czy to przyjaźń od piaskownicy? Może chodziłyście do jednej szkoły, czy też natrafiłyście na siebie w innych okolicznościach?

K: Ha! Mam deja vu. Ostatnio już o tym rozmawiałyśmy. Callisto, to opowieść dla ciebie. [Calli-korektor przesyła całusy <3]

H: Może ja opowiem? Mogę, mogę? (Podskakuje podekscytowana)

K: Lubię, gdy ty to opowiadasz (nakłada chustę na głowę i zasłania twarz skromnie).

H: Poznałyśmy się kilka lat temu, kiedy ja i brat Kerhje byliśmy jeszcze tylko znajomymi. Pamiętam, że miałam wtedy naprawdę paskudny dzień i Szymon (bo tak ma na imię mój ukochany) zaprosił mnie z paczką przyjaciół do swojego rodzinnego domu. Swoją drogą to wspaniała chatka, z daleka od wszystkiego, otoczona uroczym ogródkiem i z przecudownym kominkiem. Siedzieliśmy wtedy nad jakąś nową planszówką, o ile pamiętam był to chyba Smallworld. Kerhje nieśmiało zajrzała do środka i przyniosła nam chlebek Naan, który sama upiekła. Był genialny!!! Jeszcze ciepły i chrupiący. To była przemiła i zupełnie bezinteresowna rzecz. Od razu ją polubiłam. Można w sumie powiedzieć, że trafiła przez żołądek do serca (śmiech). Później poznawałyśmy się coraz bardziej, a z czasem Kerhje dołączyła do naszej paczki, a mnie z jej bratem połączyło wyjątkowe uczucie. W sumie od tego czasu spędziłyśmy razem tyle chwil, że faktycznie czujemy się już jak siostry. Dlatego często na Granicy wypowiadamy się jedna za drugą, a niektórzy się śmieją, że traktują nas już jak jedną jaźń. xD

M: Haha, czasami sam łapię się na tym, że nie wiem z którą z was rozmawiam! Jak dla mnie faktycznie funkcjonujecie jak jeden organizm. To urocza historia (ukradkiem ociera łzę wzruszania, kto to widział by demon tak się zachowywał). Dobrze, dowiedzieliśmy się o was dzisiaj bardzo wiele, mam dla was jeszcze dwa, krótkie pytania i puszczam was wolno. Ruszyła druga edycja naszego Alarańskiego Kartografa. Czy zamierzacie wziąć w nim udział? – Spogląda na dziewczyny jakby oczekiwał konkretnej odpowiedzi.

H: Oczywiście że tak! Napaliłam się tak, że już nawet zaczęłam opisywać jedną z lokacji. Poprzednim razem nie brałam udziału z braku czasu i sił, ale tym razem nie zamierzam odpuścić. Jestem bardzo ciekawa ile osób nadeśle swoje opisy. To bardzo fajny sposób rozwoju świata, a przy okazji można chapnąć ciekawe książki! Przyznam nawet po cichu, że cykl Silos już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie, więc tym bardziej warto próbować. Mam nadzieję, że odzew będzie duży i wzbogaci naszą (i tak już ogromną!) mapę!

K: …i kiedyś wszyscy staniemy się jednością… (otrząsa się) Ah, konkurs.. T-taaaak… Ja… Skoro Hashira i ja to jedność, to czy nie wystarczy, że ona napisze? (śmieje się nerwowo) A tak na serio to nie wiem, czy dam radę coś napisać. Zaczęłam nowe studia i jest tak intensywnie, że zapominam o smoczym świecie. Chciałabym coś napisać, ale nie wiem, czy będę mieć na to czas. Zobaczymy!

M: Niedługo też planowany zlot Granicy w Poznaniu. Czy pojawicie się? Możemy liczyć na możliwość wyściskania was w świecie po drugiej stronie?

H: Oczywiście! Jeśli tylko Wszechświat nie postanowi mnie zatrzymać, zjawię się w Poznaniu. Szczerze mówiąc już się nie mogę doczekać tego spotkania! Bardzo mnie cieszy, że udaje nam się spotkać na żywo od czasu do czasu. Nie da się opisać uczucia, kiedy człowiek wreszcie poznaje na żywo smoka ze swojego opowiadania i odkrywa drobną blondynkę, która za nim stoi. Z resztą o Granicy można gadać bez końca, więc podejrzewam, że czeka nas długa i bardzo ciekawa noc.

K: Jestem w trakcie odwracania nieprzychylnego oka Wszechświata od naszego zlotu. Będzie patrzył wyłącznie stroną przychylności. Pamiętajmy tylko, żeby podziękować gwiazdom po wszystkim – bywają kapryśne, coś o tym wiem od pewnego maie. W każdym razie jedność pozostać musi jednością, więc gdy pojawi się jedna, pojawi się i druga. Również będę i nie mogę się doczekać tulania was wszystkich, nawet tych mrocznych i wyalienowanych. Miłości mam wystarczająco dla wszystkich! ( śmieje się i powoli ześlizguje z kanapy) Tylko z czasem dzisiaj gorzej. Wygląda na to, że Oczko, Triton i Myszka domagają się uwagi. Ah, no i trzeba zaplanować kolejne porwanie, rozesłać ptaszki w świat, by przyniosły pożądane informacje. Sam szef rozumie… Ale dziękuję bardzo za wino! Nawet moja krwiopijcza część jest zadowolona, a Eldrizze postanowiła się nie wtrącać. Chyba muszę jej podziękować. Tak więc do zobaczenia na Łusce! I w Poznaniu.

 

Meridion

Dodatek specjalny – Streszczenie historii Yao

Drogie gobliny, ghule, duchy i inne kochane plugastwa!

Z okazji Święta Zmarłych mamy dla Was kolejne wspaniałe streszczenie autorstwa Kany, idealnie oddające mroczny klimat dzisiejszego dnia! Waszym spragnionym krwi usteczkom dostarczamy bal arystokratów, a na nim pannę na wydaniu, wpadającą prosto w lodowate szpony wampira! I to nie byle jakiego wampira! Przed wami historia Atristan i Yao.


Bal. Wspaniały bal na dworze Finnswordów. Mający zapewne na celu znalezienie odpowiedniego kandydata do ręki pięknej arystokratki, Perły Nowej Aerii – Atristan. Jednak dziewczę nie szalało z radości. Choć pięknie wyszykowana, na złość matce założyła jak najskromniejszą suknię (nie żeby i w niej nie kusiła jak diabli wszystkich nieślepych przedstawicieli płci przeciwnej).
Ale jakoś nie widział jej się ten wieczór.
Avatar użytkownikaBo co można robić wśród tych wszystkich nadętych, spitych snobów przypominających jak nie baleron to prosiaka w całości?
Na szczęście plotki głosiły, że miało się zjawić też kilka wampirów, arystokratów o zimnych licach. Tu prawdopodobieństwo trafienia na twór wędlinopodobny spadał praktycznie do zera – a już na pewno Yao, który od pierwszego post… pierwszej chwili zwrócił uwagę wydawanej panny, nie przypominał opakowanej w sznurki dumy rzeźnika.
Spotkali się na zewnątrz, pod romantycznym rozgwieżdżonym niebem, gdzie Atris chroniła się od dalszych zabaw z elitarnym motłochem, gdzie albo ktoś był o nią zazdrosny, albo kochał się w niej i zabiegał o względy. No ileż można?!
Ale on był inny. Był inny od samego początku, odkąd tylko przybył – a zrobił to praktycznie z nudów i bez żadnego innego powodu.
Moooże trochę z samotności.
A, i bo remontowali jego posiadłość.

Tak czy inaczej powód był nietypowy.

Jedno trzeba przyznać tej parce – mieli ze sobą coś wspólnego. Tyle pogardliwych myśli o kupieckich rodzinach i innych bogaczach zgromadzonych na zamku nie wyprodukowałoby żadne z nich z osobna, ile udało im się wytworzyć razem. Skoro więc ona nie lubiła tam nikogo i jego tam wszyscy drażnili, to czy nie można uznać, że spotkanie i zawarcie ciekawej znajomości było im przeznaczone?

A znajomość owa była niemal namiętna!
Nie da się dobrze tego ująć w streszczeniu – wyobrazić sobie trzeba to napięcie i fascynację lejące się z posta na post, pchające ku sobie ją i jego. Jej próby opanowania uczuć i nieposłusznego ciała, chaos w sercu i niepewność kiedy na niego patrzyła. Jego… coś co określił stanem równowagi pomiędzy pogwałceniem etykiety i wampirzym flirtem – to wszystko sprawiało, że pogawędka i taniec, każdy dotyk stawały się nieprzyzwoicie wręcz kuszące.
No i dodajmy, że cały czas chowali się na osobności.

W końcu jednak ten wstęp do romansu musieli przerwać. A właściwie to on go przerwał. Zrobił Atristan nadzieję na gorący pocałunek, cudowne zwieńczenie zapoznania, a kiedy zamknęła oczy se polazł. Gdzieś.
A ona się wściekła.
Urobił ją jak chciał, sprawdził czy będzie w stanie ją uwieść, a kiedy była gotowa mu się oddać… nawet nie skorzystał! Poczuła się co najmniej dotknięta.
W bojowym nastroju wróciła na przyjęcie, gdzie przetańczyła całą niemalże noc z sir Roderickiem – ,,szlachetnym, miłym i przystojnym, choć nieco tępym”. Tak, brakowało jej inteligencji, którą widziała w oczach Yao (tego podstępnego drania!).

Goście na szczęście mogli przenocować i zaproszeni byli na śniadanie, więc opowieść nie miała się na tym zakończyć.
Choć Atristan nie spodziewała się ujrzeć rano swojego wampirzego zalotnika… tego tam no, co go miała ignorować, w razie gdyby się pojawił, to on jednak przyszedł. Brakowało jednak innej osoby – matki dziewczyny. Na początku nie zorientowałam się, że to jest ważne, ale było.
Że coś się święci dotarło do mnie, gdy idąc po śniadaniu z grupą gości Atris została dźgnięta nożem i straciła przytomność, a wszyscy rozpierzchli się w popłochu. Atak nie udał się jednak, gdyż czujny Yao użył na czas magii lodu i złotowłosa została właściwie tylko lekko zraniona.
Efekt jednak był – zająć się nią musiał nadworny lekarz, a po dłuższym czasie napięcia na zamku wampir miał okazję z nią porozmawiać, usiąść na jej łóżku i trochę ją… pogłaskać… takie tam.
W chwili uniesienia wygadała mu więc, że strzeże rodzinnego sekretu i nie jest już dłużej bezpieczna.
Żaby nie było nieporozumień – on serio tylko ją głaskał. Ona wyskoczyła z tą intrygą zanim zdążyło dojść do czegokolwiek więcej.

Ale mieli czas – umówili się, że wampirzy dżentelmen jej pomoże, a to oznaczało spooro dni do spędzenia razem.

Plan był taki – ona pokaże mu artefakt i wyjaśni więcej, a potem wyruszą w podróż, by odnaleźć jej matkę.
Umówili się o zmierzchu.

Kiedy spotkali się ponownie zaprowadziła go do tajnej biblioteki, gdzie poddała go pewnemu testowi, a przy okazji przedstawiła najwspanialszą postać poboczną – galaretko-meduzę Alfricka. Niesamowicie uprzejme i dobrze wychowane stworzenie, po głosie można sądzić, że przemiły staruszek. Jak przepraszał kiedy musiał za pomocą oślizgłych macek wspiąć się wampirowi na głowę! A to po to, by porazić go gdyby udzielił fałszywej odpowiedzi na zadane przez Atris pytania. Wampir nie skłamał jednak ani razu, więc mu się upiekło. Przy okazji może nie tyle dowiódł swej lojalności, co udowodnił, że nie ma nic wspólnego z wrogami Finnswordów. Tyle musiało wystarczyć.

Zabrali artefakt i zajęli się przygotowaniami do drogi. Mieli uciec w nocy, niczym spragnieni siebie kochankowie, choć nie do końca o to chodziło… kto by tam jednak słuchał tłumaczeń, wiadomo było co się tu wyprawia!…ć miało.
Ruszyli w drogę kreując się na pospolitych kupców (choć Atris troszeczkę chyba za mało zaglądała do słownika i nie znała definicji tego słowa – do dekoracyjnej karocy dołączone były dwie wielgachne przyczepy, a to tylko na ich dwójkę! Jednak lepszy taki plan niż żaden). Noc spędzili osobno – Yao powoził, Atristan starała się spać. Nad ranem zaś okazało się, że podróżuje z nimi ktoś jeszcze – Sasha, najwierniejsza służka Perły, która zwyczajnie nie mogła puścić jej samej (z wampirem!). Najpewniej przypadłaby jej rola wiecznie gotowej do działań obronnych przyzwoitki, gdyby nie fakt, że po pierwszej akcji z zamachnięciem się wałkiem na wampira musiałam wtrącić się Panią Losu i oddelegować przystojniaka z powrotem do jego posiadłości.

Koniec końców nie zdążyli się nawet pocałować…
Tak mi się przynajmniej wydaje.


Historia pełna intryg, wampirów, asasynów i pięknych arystokratek, aż ociekająca niespełnioną namiętnością spowitej w mrokach nocy. Czy może istnieć lepsza opowieść na dobranoc w taki dzień jak ten? Tym emocjonującym akcentem kończymy i życzymy wszystkim… upiornych snów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

~ Hashira i Kerhje

Dodatek specjalny – Wampirza lista Kany

Kochani!

Zanim uraczymy Was wspaniałościami dzisiejszego Dodatku (a jest czym się zachwycać, bo Kana przygotowała dla nas coś naprawdę specjalnego!) mamy dla Was dwa ogłoszenia!
Po pierwsze (jak część z Was już mogła zauważyć) pojawiły się nowe rasy ludzi, dostępne od zaraz i do wzięcia w Waszych nowych kartach postaci! Przed Wami Tarianie, Mahińczycy oraz Eravallowie. Oto oni:

Tarianie
Mahińczycy
Eravallowie

Drugą nowinką jest fakt pojawienia się wspaniałych opisów, flag i herbów kilku nowych państw. Dodatkowo, jeśli ktoś jest zainteresowany współtworzeniem naszego przepięknego świata, może zwrócić się bezpośrednio do Niary.

Neverith
Limaria
Soral
Lydia

A teraz to, co tygryski lubią najbardziej!


Kaniasty spis Wampirzych Przystojniaków.

W końcu uwielbienie dla nich to nie byle sport – to prawdziwa pasja!
Avatar użytkownika

ANTAR – Kapitan. Wampirat. Zwany ponoć ,,Władcą Zimy”, choć lepiej byłoby rzec ,,Kanowego serca”.
Ujął mnie z miejsca jego młody ryjek i ogólnie raczej młokosiasty fizyczny wiek (poważnie, Kana fizycznie jest starsza od niego!). Nie powiem – do białych włosów też mam słabość, a kiedy imię skojarzyłam już na dobre z tą postacią to i w tym zlepku liter dostrzegłam przystojniaczą moc przyciągania. No i ten kołnierzyk…
Jak wiele wampirów Antar jest blady, zdystansowany do świata i włada magią lodu. Natomiast w przeciwieństwie do większości musi unikać słońca (choć ma na nie zwiększoną odporność) i we dnie jego załoga odpoczywa. Z załogi owej najsłodszy jest Alin, dzieciak, który był jednym z moich pierwszych Ładnych Chłopców NPC na innej stosownej liście. Uwielbia swojego przywódcę, a ja przemalowałam mu kłaczki, żeby był bardziej do niego podobny <3
Wracając do jego ojca (wcale nie, ale tak) – wampirat w obyciu zdaje się dosyć surowy, ale za to tak przeuroczo oziębły i poważny, że aż prosi się aby w końcu ktoś zmienił jego ponure losy (właściwie nie, nie są ponure; gość szuka skarbów przewodząc załodze piratów i przystojniejąc. No żyć, nie umie!… a… sorki. Nieżyć sobie dalej). Jako poważna heroina Kana ma za zadanie ukraść jego mapę (serduszko) i idąc utartym szlakiem pomóc mu odnaleźć upragnione (?) szczęście w miłości (zwinąć skarb dla siebie).
Nie oszukując się jednak – Antar do romansu nie lgnie (mimo, że ma ,,pecha do kocich kobiet” w wątkach), bo gdzieś po drodze pogubił wszystkie uczucia. Ale ja je pozbieram i mu zaniosę. Złość, frustrację, porażki słodki smak…
Bo jestem Kaną i kocham go i tak!

FOBOS – NIEEE! Nie mogę pisać o dwóch takich przystojniakach pod rząd! Tyle ekscytacji!…
*połyka torebkę z melisą*
No dobra. Naprzód!
Lord Fobos de Loer to taki Herkules Poirot, tylko nie jest karłowatym Belgiem i nie ma śmiesznego wąsika. Ale zna pewnegoInspektora! To jest… chciałam powiedzieć – jest mądry. I rozwiązuje zagadki. Wynajduje też mikroskopy, błękitnawe kremy przeciwsłoneczne i masę zadań dla swojej nowej pomocnicy.
Zdecydowałam się dla niego pracować (zrobić Makę) po tym jak nakreśliłam mu aurę (przeczytałam KP).
Wszystko w tej historii jest piękne – młody, białowłosy i z lekka zniewieściały Fobos (najwspanilasza część) wychowywał się w arystokratycznej ludzkiej rodzinie. I jakoś tak nie mógł się do niej dopasować – wszystkim z wyjątkiem jego siostry coś w nim nie pasowało. Sam siebie nie lubił. A przynajmniej swojego odbicia. Pewnego razu, gdy zdzielić chciał za nie taflę niewinnej sadzawki odkrył w sobie wrodzony talent do magii lodu. Do domu wrócił przerażony… ale i zafascynowany. Użył mocy raz jeszcze, by zmrozić kwiaty stojące w wazonie i wtedy zobaczył go ojciec. Nienawidzący magii ojciec.

Nastoletni, ludzki i słaby jeszcze-nie-lord, który tak jak stał uciekł z domu i trafił na ulicę, przemawia do mnie bardziej niż powinien. Od pierwszych linijek wiedziałam, że uwielbiam tego chłopaka, współczuję mu i chcę coś dla niego zrobić.
Nawet jeżeli teraz jest wyniosłym i skrytym posiadaczem swej dawnej rezydencji (obecnie nawiedzonej), grzebie po kieszeniach ofiarom krwawych zbrodni i ogólnie ciężko go rozgryźć.
Za jego największą wadę podałabym brutalność z jaką zdobywa pożywienie i brak szacunku dla niektórych ludzi (choćby takich, które ma za odpady społeczeństwa).
Nadrabia jednak wprost odwrotnym podejściem do dzieci – na te nie podniósłby palca (no, chyba, żeby wyczarować lodowe motylki).
Jest także bardzo stylowym wampirem, interesuje się modą, w ogrodzie hoduje róże (dyskutuje z Dworem odnośnie ich koloru) i pozwala chodzić po swojej posiadłości bezdomnym kotom. Moim zdaniem to praktycznie jego koty. Na pewno je lubi!

VERGIL – Z tym panem mam przyjemność pisać… panem. Kocim panem. No coż za kiepski plan! Jednak dzięki temu dowiedziałam się za co mogę Vergila lubić. Chociaż część rzeczy znalazłabym i w samej KP.
Vergil jest hrabią, co bardzo na początku imponowało kotom. Mnie w sumie ciekawi. Ale jako Hrabia średnio wywiązuje się ze swych towarzyskich obowiązków. Nawet nie chodzi na bale! Samiel szura trochę o tym, że w sumie zacząłby… już w nowym wątku. No bo tak z Mansunem?
A szkoda, bo wierzcie mi, przeszłabym się na wampirzy bal w jego towarzystwie pod każdą postacią ~
Ale chętniej kobietą.
Dlaczego?
Jest pewny siebie i swych umiejętności, może więc imponować, ale jego największą zaletą w moich oczach jest zdecydowanie cierpliwość. Tej by było potrzeba do moich kobitek!
Przeważnie opanowany umie też walczyć (kto zna Samielowych mężczyzn ten wie). Na magii się zna, ale powiedziałabym, że w praktyce bardziej może liczyć na swoją wampirzą kondycję i szable.
Przemienia się w kruka i tak jak inne wampiry (co jest absolutnie bez sensu!) po przemianie pojawia się znowu w pełnym ubraniu. Czemu? Dlaczego nie nago!?
Na szczęście jego oczy widać i w pełnym przyodziewku – a ma dwukolorowe! A czasem także zarost, co jest ciekawą odmianą po gładkich i młodzieńczych licach dwóch moich poprzednich ulubieńców.

NIKOLAUS – O Klusiku w zasadzie nie wiem aż tyle, głównie dlatego, że większość zapomniałam. Najbardziej podoba mi się w czerwonej sukience i ramionach Mansuna… niestety w fabule nie mam z nim kontaktu.
Poza nieszczęsną sztywnością i zamiłowaniem do zasad godnym podziwu jest jak chodzi na szpilkach (obcasach, dobra, obcasach!).
Z tego co pamiętam zaczęłam go uwielbiać po przeczytaniu o jego wąskich dłoniach. A to był dopiero początek! Zaskoczył mnie u niego brak regeneracji – dość nietypowa cecha. Nie ma też jednego oka przez co może mieć kłopoty ze zdawało by się błahostkami, zwykłymi codziennymi czynnościami. I jak tu nie interesować się władczym, dumnym generałem, który nie może sobie wina nalać albo zbyt długo czytać? Nie wiem jak to działa u niego w praktyce, ale zawsze byłam tego ciekawa!

GEMELLI – Bliźniaków Gemellich polubiłam praktycznie z miejsca. Chociażby dlatego, że to bliźniacy! Czarno-biali! Fryderyk i Roderick – noż idealne imiona, a i rozbieżność charakterów daje wiele możliwości!
Właściwie lekarze (no, może bardziej medycy), niegdyś wykładali na uniwersytecie. 70 lat nauczali następne pokolenia… niestety wielu innych profesorów chciało się ich pozbyć. Zaklęty przez czarodzieja Roderick w końcu zaatakował uczennicę. Zostali wygnani z miasta.
Bardzo ciekawą cechą Rodericka jest to, że po tym feralnym zdarzeniu nie pije ludzkiej krwi. On pierwszy (zdaje się) na mojej liście.
I jeszcze jedna rzecz bardzo mi się podobała – ich historia wydaje się prosta, ale urzeka mnie to co i jak osiągnęli. Bycie medykiem bez magii życia? W dodatku do wiedzy doszli zupełnie innymi drogami – Roderick czytał co tylko się dało na temat, Fryderyk zaś… wolał praktykować i to nie do końca zgodnie z prawem. Naprawdę nietypowa parka, a jak nie obaj, to przynajmniej jeden z nich powinien przypaść do gustu.

YAO – Magia lodu, chłód w oczach, znudzony życiem arystokrata. Postępuje zawsze wedle własnego uznania, ale często wbrew etykiecie. Nie ma szacunku do wyższych sfer, gardzi szlachcicami i – naturalnie – ma się za o wiele lepszego od nich. Z łatwością z resztą zawrócił w głowie jednej bardo pięknej przemienionej, więc pewnie coś w tym jest.
W sumie opanowany, może być dobrym sprzymierzeńcem, choć moim zdaniem jakaś kobitka powinna mu utrzeć nosa! (Nie muszę chyba mówić, że sama chętnie byłabym tą kobitką. Obawiam się, że teraz na wątek się nie załapię, ale fantazje pozostają. Naprawdę chciałabym to zobaczyć…)
Obecnie uwalniam go PL’ką więc niedługo będzie najpewniej do wzięcia. Czajcie się panie! (A może jakiś szlachetny pan zechciałby go dla mnie przetrzymać z dala od płci pięknej przez jakiś czas? Co? Co?… nie? Och…)
Naprawdę, gość za często ma kontrolę nad sytuacją. Ktokolwiek go pochwyci – nie dajcie mu wygrać zbyt łatwo!

MEDARD – Tak po prawdzie mam bardzo mało danych o tej postaci. Pamiętam, że był jednym z pierwszych wampirów, jakie sprawdzałam i zaskoczył mnie jego charakter. Opanowany, nieskłonny do rozwiązań siłowych… w sumie niewiele jest narwanych wampirów, większość zachowuje nad sobą kontrolę, ale zasada pierwszeństwa tu podziałała i do dziś szanuję za to tego bohatera.
Z ciekawszych jego cech wyłapałam zamianę w dwa zwierzątka, w tym – wilka. Nie żebym nie wolała zobaczyć Księcia Medzia w roli kociaka, ale wilk, muszę przyznać, jest bardziej niecodzienny.
Kiedy Kana była jedną z moich nielicznych postaci i dopiero szukałam wątków, bardzo chciałam go dopaść (wręcz napaść). Nigdy się jednak nie zgadaliśmy w tej sprawie (chyba nawet do niego nie napisałam – tak byłam onieśmielona!).
Teraz ma wielu sprzymierzeńców – za wielu żebym się pchała. Ale jego koszulą nie pogardzę, więc jakby ktoś zdobył – możemy się dogadać!

CERAU – Poznałam go dopiero wczoraj (17.10), ale zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Całkiem miłego, uczciwego dżentelmena! (Nie wiem, naprawdę nie wiem jak ma się to do fabularnych faktów – być może nijak biorąc pod uwagę jego historię i mocne powiązania z półświatkiem).
Opanowany i spokojny ma jednak inną główną cechę – zachłanność. Zyski muszą się zgadzać!
I tego jestem właśnie najbardziej ciekawa.
Zdaje się też, że ma nosa do interesów i wie o czym pisze, więc wątek z nim mógłby być bardzo interesujący. I… czy mi się wydaje, czy nie jest odporny na działanie słońca?

DARO – Mój wampirek i jego koszulę już raz naderwałam. Bierzcie ze mnie przykład chłopcy!

*Jakby ktoś nie wierzył w moją miłość do wampirów – wczoraj pisząc Antara tak się mu się bez reszty oddałam, że zapomniałam o mleku; wykipiałam je i przypaliłam garnek. Zorientowałam się, że coś syczy na kuchence dopiero kiedy przeszłam do Fobosa i jego melisy.


Na koniec przypominamy, że ustalono już datę halloweenowego spotkania w Poznaniu!!! Odbędzie się ono 17-18 listopada. Szykujcie swoje potworne oblicza, te kostiumowe i te prawdziwe, zapowiadajcie się w zamieszczonym poniżej wątku i przybywajcie!
HALLOWEEN

 

Całujemy gorąco
Hashira, Kerhje i Satharin 

Kartka z dziennika Sevi (Truskawki)

Przeżyliście? Naprawdę żyjecie? Zamierzacie przetrwać jeszcze dłużej? I naprawdę chcecie przeczytać tę kartkę? Leżała na podłodze… Pogięta, poplamiona, zapomniana. Powoli stawała się cieniem samej siebie, ale znaleźliśmy ją i postanowiliśmy Wam pokazać. Może… Może zrozumiecie z tego coś, co wcześniej nie chciało się objawić… Kochani (nie)śmiertelnicy, oto kartka z dziennika Sevi…


Przestałam już liczyć, który dzień badam zjawisko tak zwanej “śmierci”. W księgach znalazłam wiele znaczeń tego słowa. “Stan charakteryzujący się ustaniem oznak życia, spowodowany nieodwracalnym zachwianiem równowagi funkcjonalnej i załamaniem wewnętrznej organizacji ustroju. Do zjawisk, które Avatar użytkownikadoprowadzają do stanu śmierci, zalicza się m.in. starzenie się, drapieżnictwo, niedożywienie, choroba, samobójstwo lub odwodnienie”. Studiując dalej, znalazłam wzmiankę o rozkładzie. Jednakże moi rodzice nie doświadczyli takiego zjawiska, oni… rozpłynęli się w powietrzu. Ciągle szukam odpowiedzi, dlaczego. Czy zrobili coś nie tak?
Enid opowiada mi różne historie. Pokazuje mi wojny, głód, zarazy, śmierć, zło. Nie potrafię zrozumieć wielu rzeczy. Dlaczego ludzie, których widzę w głowie dzięki Enid, krzyczą? Moi rodzice umarli spokojnie. Czy śmierć jest taka bolesna?

Kolejny dzień. Moje badania trwają, dzisiaj próbowałam przywołać ducha (innego niż Enid). Myślałam, że inna istota z “tamtego świata” pomoże mi lepiej zrozumieć zjawisko śmierci. Niestety, wszystko skończyło się fiaskiem. Duch zdemolował pół dzielnicy, z czego nie dostałam żadnej odpowiedzi.
(reszta słów jest skreślona i zabazgrana. Jeśli lepiej się przyjrzeć, można dostrzec chaotycznie napisane “Enid”).

Ostatni dzień moich badań. Zrobiłam to. Śmierć to nie termin, którego można się nauczyć. To nie jest proste zjawisko biologiczne.
To ból. Złodziej.
Moi rodzice odeszli… A ja potrafię zrozumieć ich stratę dopiero po tych paru miesiącach.

Historia skłaniająca do refleksji, tak jak zbliżające się Święto Zmarłych i Halloween. Z tym duchowym akcentem zostawiamy Was na dzisiaj i życzymy upiornej nocy.

Hashira, Kerhje i Satharin 

Dodatek specjalny – wywiad z Frigg i Callisto

Drogie anioły, koty, smoki i inne potwory!

Dzisiejszy wywiad jest jak Twix (tak, do schrupania, jak karmel z czekoladą) – podwójny! Przeprowadziliśmy rozmowę z dwiema absolutnie wyjątkowymi osobami, bez których nasze forum nie miałoby możliwości funkcjonować. Dwa razy więcej humoru, dwa razy więcej zwierzeń i dwa razy więcej frajdy! Przed Wami Callisto i Frigg we własnych, zaskakujących osobach! Zapraszamy do lektury!


Administratorki weszły do pokoju przesłu… zwierzeń, a Frigg od razu zauważyła słynną, różową kanapę.

Couch Mimic - For Firefox by Imaginary-AlchemistFrigg: Ona jest też z drewna…

Callisto ostrożnie siada na różowości. Frigg natomiast siada z nadmierną pewnością siebie i rozkłada ręce na oparciach. Różowość z całych sił powstrzymuje się przed pożarciem nowych ofia… Gości.

H&K&S: Dobry wieczór! Rzadko zdarza nam się gościć na różowej kanapie osoby z Krainy Rzeczywistości, a pojawienie się dwóch naraz to pierwszy taki przypadek. Miejmy nadzieję, że Donosiciel to wytrzyma! A więc pora na pierwsze pytanie. Jak zaczęła się wasza przygoda z Granicą?

C: Dobry wieczór! Mi jest przemiło być goszczoną, zwłaszcza z Żabką, nawet jeśli różowa kanapa mnie przeraża! (uśmiecha się porozumiewawczo, kręcąc nosem na róż) Hm, ja na Granicę trafiłam zupełnym i absolutnym przypadkiem. Jak zwykle szukałam czegoś ciekawego – PBFy nie były dla mnie nowością – ale gdy weszłam na Granicę po raz pierwszy wręcz mnie zatkało. Przyznaję się, że dopiero drugiego dnia znalazłam chat (zażenowany uśmiech). Ale byłam zachwycona możliwościami, rozbudowanym światem, kanonem ras, dopracowaniem wszystkich szczegółów, a przede wszystkim ilością użytkowników! To było pierwsze tak aktywne forum, na jakie trafiłam i chętnie tam zostałam. Zwłaszcza, że zostałam tak ciepło przyjęta. Zaznaczam, że obecna tu Frigg była pierwszą osobą, która mnie powitała! Ale wszyscy byli przemili… pamiętam, że nie miałam jeszcze zaakceptowanej KP, ale pojawiłam się na sb (które już znalazłam!) i po chwili dostałam prywatną wiadomość od Verfnira (posyła Wofowi całusy, w razie gdyby czytał). Powitał mnie na forum i powiedział, że jak dostanę akcept to mogę z nim pisać, bo jego wilkołak akurat jest wolny. To było dla mnie przemiłe i https://scontent.fwaw7-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-0/p480x480/42120735_610634112685006_6440332275287588864_n.jpg?_nc_cat=108&oh=edfb76b073f6c116a10786b087101164&oe=5C3417ADniesamowite, że od razu ktoś do mnie bezpośrednio napisał, poczułam się zaraz częścią tego wszystkiego, a Calli znalazła swój pierwszy wątek. I jakoś tak… potoczyło się zupełnie niekontrolowanie (wzrusza ramionami z uśmiechem). Nie mogłam się oderwać, pisałam, czytałam, tworzyłam postacie, dosłownie taplałam się w tym uniwersum i do teraz czuję szacunek do Niary, że stworzyła coś tak niesamowitego. Takie były moje początki.
F: O tak, za dużo wkradło nam się tutaj realizmu! (Frigg wykonuje ruch strzepywania kurzu z różowej kanapy) Co do pytania, Granica nie jest moim pierwszym forum pbf w jakim uczestniczyłam, choć nie myślcie sobie, że odwiedziłam nie wiadomo ile takowych miejsc, przy czym Granica ma szczególne miejsce w moim sercu. Moja przygoda na tego typu forach rozpoczęła się dzięki mojemu bratu, a właściwie jego przyjaźni z pewną Makoto, która założyła Lossehelin (chyba tak to się nazywało). Była całkowitym jeleniem w pisaniu opowiadań, haha (czasy pierwszej gimbazy), nawet nasze posty sięgały jednej linijki lub zaledwie kilku, więc jeżeli chodzi o poziom to mocno różnił się od tego, co mamy na Granicy. Jednak to właśnie tam zaczęła się moja przygoda z PBFami, poznałam pierwszego, prawdziwego przyjaciela (z którym utrzymuje kontakt do dzisiaj), a na Granicy znalazłam się z jednego powodu – z tęsknoty za takim klimatem. Na studiach, gdzie towarzyszyło mi dużo stresu, postanowiłam znaleźć miejsce oddzielone od rzeczywistości, czyli wpisałam w googlach forum pbf i pierwszą stroną były Granica. I o jejku, Calli byłam pierwsza?! Taka najpierwsiejsza? (spogląda na Callisto radośnie) byłyśmy sobie przeznaczone, mówiłam! Jak Niara i jej Granica była nam przeznaczona!
C: Byłaś najpierwsiejsza, mam gdzieś screena jak taka zielona przyszłam na chat i mi powiedziałaś “cześć”! Specjalnie znalazłam po latach.
F: Chcę tego screena! Teraz czuję wyjątkowa dumę!
C: Dostaniesz!
(Dziewczyny piszczą i prawie tulą się na kanapie.)

H&K&S: Jak zwykle przeznaczenie robi swoje. Chyba trzeba mu podziękować, że was tu sprowadził i połączył! A tak między nami, Donosicielami… Kobiety o wiek się nie pyta, ale… od jak dawna piszecie, nie tylko na pbf, ale ogólnie?

F: (robi wielkie oczy i zaczyna się śmiać) Moje pierwsze opowiadanie z pewnością  było żenujące, jeszcze z czasów podstawówki, gdy raz napisałam dobre wypracowanie (samodzielnie!) i postanowiłam wykrzesać z siebie nieco więcej. Pamiętam, że było to opowiadanie o dziewczynie, która była w trakcie przeprowadzki, spadły na nią kartony i utknęła w świecie książki (tak w wielkim skrócie). Hahahaha chyba dobrze, że to zgubiłam!
H&K&S: Kartony!
F: …w tych kartonach były książki i…nie pamiętam za bardzo jak tam trafiła (śmiech). Ale dobra –  istniała jakaś idea, coś w tym było! Jakaś fabuła się kroiła!
C: Oj, to już będzie trochę… zdradzania własnego wieku (uśmiecha się tajemniczo). Opowiadania pisałam od podstawówki i to tej najmłodszej, z wytkniętym językiem zawzięcie skrobiąc w zeszycie w linie. Pamiętam, że nawet pisząc o “codziennych” sprawach wplatałam w to zawsze nutkę fantazji, chyba nie mogłam się bez tego obejść. Były względnie dobrze przyjmowane, jak na to, że pisało je dziecko, ale poza tym trudno coś więcej o tym powiedzieć. W okolicach gimnazjum zaczęłam interesować się pbf’ami, ale to było zupełnie coś innego – szybkie sesje, krótkie posty, brak większej fabuły, ot zabijanie czasu. Ale to w takim razie będzie jakieś dobre dwadzieścia lat pisania czegokolwiek, chociaż, jeśli miałabym być szczera, najchętniej liczyłabym doświadczenie od kiedy dołączyłam do Granicy. Dopiero tutaj faktycznie te posty zaczęły nabierać kształtu i być czymś więcej niż zlepkiem dialogów. A do opowiadań mam nadzieję kiedyś wrócić, jako początek czegoś większego
F: Ja mam wiek wpisany w forum więc hm… To chyba wystarczy (śmieje się).

H&K&S: Bardziej dociekliwych odsyłamy do profilu! Więc od szkolnych opowiadań doszłyście do momentu, gdzie czasem pisze się niemal codziennie i czyta was wielu ludzi, nieraz zupełnie obcych. Dotarłyście też do chwili, w której zaczęłyście na forum znaczyć o wiele więcej. Powiedzcie… Co najbardziej lubicie w byciu administratorkami?

C: Oj, to jest trudne pytanie! Lubię pomagać. Pamiętam swoje początki i wdzięczność, gdy ktoś mi wyjaśnił to, czego nie rozumiałam lub nie mogłam znaleźć, ciepło przywitał i pokazał, że jestem mile widziana. Chcę, by każdy, kto przychodzi na Granicę się tak czuł, jak u siebie. Nieignorowany, niezbywany, ale właśnie mile widziany. Poza tym lubię porządek, może trochę aż za bardzo (mruczy z uśmiechem, uciekając spojrzeniem). Nie przestrzegam reguł, jak szalona, bo w tym wszystkim chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, ale by móc taką zapewnić, trzeba trochę tym wszystkim pokierować, by zachować równowagę i by nikt nie poczuł się w żaden sposób skrzywdzony. Gdy każdy zna swoje prawa i obowiązki, a także wie, że zawsze może się zwrócić z problemem do administracji i zostanie potraktowany poważnie i wysłuchany… mam wrażenie harmonii. Ten ład mi odpowiada, więc chętnie pomagam go podtrzymać, razem z dziewczynami i przy nieodzownej pomocy naszych Moderatorów. Podoba mi się, że większość użytkowników jest ze sobą zgrana, nie ma konfliktów i, mam oczywiście taką nadzieję, wszyscy wiAvatar użytkownikaedzą, że zawsze mogą się do nas zwrócić, a my – Administracja – pomożemy, jak tylko będziemy mogły. Może zabrzmi to trochę oklepanie, ale naprawdę czuję, że jesteśmy tu taką małą, dziwną, czasem patologiczną, ale sympatyczną i przezabawną rodzinką, a co najmniej grupą znajomych, która razem znajduje oderwanie od rzeczywistości. Naprawdę cieszę się, że mogę brać w tym udział. A z takich drobnych przyjemności to uwielbiam przejmować do sprawdzenia Kartę, która jest taka piękna, czysta, zgrabna, zrównoważona, rozsądna, a przede wszystkim ciekawa. Wtedy naprawdę mam uśmiech na ustach, gdy daję komuś akcept, bo mam wrażenie, że do naszej gromadki przybył kolejny bohater (kończy niepewnie, ale z uśmiechem).
(Wszyscy – zarówno Frigg, jak i przesłuchujący siąpają nosami ze wzruszenia. Call fuka pod nosem i szuka w kanapie funkcji schowka na speszoną administratorkę.)

H&K&S: Tam, przycisk pod twoim prawym nadgarstkiem.

F: Po wysłuchaniu Calli widzę, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam. Podpisuję się pod tym, że jest  to bardzo trudne pytanie. Mogę odpowiedzieć o tym prosto – że ludzie, że zaufanie i takie tam, ale na przestrzeni tych kilku lat nauczyłam się bardzo wiele i wiem, że gdyby nie administracja, to nie stałabym się tym kim jestem teraz i byłabym w dzisiejszym dniu inna jako moderator albo jako user. Pewne moje cechy  były bardzo stłamszone przez większość moich lat i miały one okazje rozwinąć się podczas mojej do teraz trwającej kadencji. Lubię to poczucie kontroli (i nie chodzi tu o dawanie banów haha), podobnie jak Calli, choć zdecydowanie nie jestem nader porządnicka, wprowadzanie harmonii dodaje mi pewności siebie, cenię sobie ten porządek i myśl, że go wprowadzam, nauczyłam się asertywności, po prostu poczułam, że się rozwinęłam ja jako osoba. Bardzo dziękuję Niarze za obdarowanie mnie takim zaufaniem, to wiele dla mnie znaczy, to dzięki niej to wszystko się wydarzyło. Nie będę jednak ukrywać, że istniały momenty, w których chciałam to wszystko rzucić, miałam wrażenie, że nie nadawałam się na to stanowisko, ale wtedy, ku mojemu zdziwieniu, zawsze znalazł się ktoś kto zaskoczył mnie totalnie i to nieświadomie. Wiecie jakie to cudowne uczucie, gdy ktoś nagle i to tak całkiem (za przeproszeniem) z dupy, pisze Ci, że mu strasznie pomogłaś i cieszy się, że akurat do Ciebie się skierował z tym pytaniem? Dla takich chwil właśnie tu istnieję. Nie lubię przyznawać się do takich rzeczy w głos (jak moja Frigg), ale serce mi się kraja na wspomnienia o takich wiadomościach. W ogóle uważam wszystkich użytkowników za moje perełki, każdego pragnę otoczyć trochę taką matczyną miłością i mu pokazać te dobrą część świata, która istnieje w naszym świecie. Nie jesteśmy tylko strona internetową, ale istniejemy naprawdę. Hashira, Kerhje, Satharin – żadne z was przecież nie jest wymysłem niczyjej wyobraźni. Każdy z nas żyje, oddycha, mówi, uczy się albo pracuje. Każdy wpis, każda rozmowa pozwala nam się poznawać, a świat to nie tylko hejterzy. Nie wyobrażam sobie życia bez osób poznanych na forum. Zawsze chciałam się znaleźć w odpowiednim miejscu i poznać odpowiednich ludzi, na Granicy mi się to udało. Rozwinęłam się dzięki użytkownikom, dzięki ludziom, dzięki ów ich zaufaniu oraz radości czy smutku, a nawet nieprzyjemne sytuacje dały mi do myślenia. Chciałabym aby więcej osób znalazło takie miejsce dla siebie, a ja, póki co, postaram się podarować trochę szczęścia userom (uśmiechem rozsyła miłość). Myślę, że na wiele rzeczy nie zdobyłabym się i nie nauczyła, gdybym nie była administratorem.

Po wyrazach absolutnego zachwytu Call oznajmia marudnie, że “za różowo i pluszowo tu!“, po czym wciąga buciory na kanapę, a Kerhje grożąc różową ścierką usuwa ubłocone zagrożenie z równie różowego pluszu.

H&K&S: Już wiemy co lubicie w byciu administratorkami. A jak to wygląda od wewnątrz? Czy trudno jest pogodzić rolę administratorki z życiem codziennym?

C: O, to jest łatwe pytanie! Makabrycznie trudno jest to pogodzić, a właściwie po prostu znaleźć wystarczającą ilość czasu na wszystko (śmieje się). W związku z tym, co mówiłam (pisałam?) wcześniej, staram się być dla wszystkich dostępna do kontaktu 24/7, a pomijając już oczywistości, jak spanie czy jedzenie, mam normalną pracę na pełen etat plus absurdalną ilość nadgodzin, a do tego męża, psa i mieszkanie do utrzymania. Nawet jakieś tam życie z rodziną i znajomymi, którzy również domagają się okazjonalnej uwagi, a ja zwyczajnie chyba zaginam czasoprzestrzeń (drapie się po głowie). Czasem ciężko w ogóle znaleźć czas na Granicę, o administrowaniu nie wspominając, ale też właśnie obowiązki zawsze są na pierwszym miejscu, nawet te granicowe. Zawsze więc czuję wyrzuty sumienia, gdy muszę je zawiesić na jakiś czas, w związku z jakimiś „realnymi” wydarzeniami bieżącymi [nie daj losie kogoś o ślub pokusi i cały weekend z głowy (dopowiada ciszej i wywraca oczami z uśmiechem)]. Ale skoro innym mówię zawsze, że mają się nie przejmować chwilową nieobecnością, bo oczywistym jest, że nasze życie zawsze będzie na pierwszym miejscu, sama też staram się nie katować i po prostu być „pod GG” w razie potrzeby. Dlatego zawsze zaznaczam, że w razie awarii można do mnie pisać o każdej porze, a ja odpiszę, gdy tylko będę mogła, bo naprawdę chcę, by ta możliwość była. Może traktuję to zbyt poważnie, ale na chwilę obecną Granica jest tak ogromną częścią mojego życia, że wszyscy jej użytkownicy również mają prawo mi „pozawracać głowę” nawet jak nie jestem zalogowana, z czasem to po prostu stało się dla mnie normalne. Administrowanie to jednak praca na cały etat, nie tylko sprawdzanie Kart i okazjonalne pisanie aur, ale też pilnowanie porządku na sb w moim wypadku, sprawy techniczne i okazjonalne konferencje Różowej Trójcy, gdy trafi się jakiś ciężki przypadek (śmieje się i rzuca Frigg porozumiewawcze spojrzenie). Ale wydaje mi się, że całkiem skutecznie udaje mi się wszystko to połączyć razem, sprawdzając jednocześnie jako Ja w rzeczywistości i jako Callisto. Czasem też mam dosyć, jak każdy, ale Granica wiele dla mnie znaczy i wiele jej zawdzięczam, więc… staram się robić to tak, by działało.
F: Czasem tak, czasem nie (śmieje się). Jak już wspomniałam, istniejemy naprawdę, każdy ma swoje życie poza Granicą i chyba nikogo nie zdziwię jeżeli powiem, że tak – czasem trudno jest pogodzić adminowanie z tym, co dzieję się poza kulisami internetu. Bycie administratorem to również poczucie odpowiedzialności, gdy nie ma mnie na forum długi czas to męczy mnie poczucie winy, mam wrażenie, że zamykam się w błędnym kole bez wyjścia, bo powinnam sprawdzić KP, ale ledwo znajduje czas na prysznic. O porządnym wyspaniu się mogę chyba tylko pomarzyć. Mam na to jednak złoty środek. Moje kochane różowe kompanki, które wesprą mnie w bardziej zapracowanym okresie i wciąż trzymają rękę na pulsie. Każda z nas doskonale zdaje sobie sprawę, że nie zawsze da się załatwić sprawy na forum i bardzo mnie cieszy, że mamy taki doskonały team! Nie musimy sobie niczego tłumaczyć, żadna z nas nie ma pretensji do drugiej o oddaniu Karty Postaci do sprawdzenia albo innej kwestii. Bardzo mnie to cieszy, bo jedna osoba by tego nie udźwignęła, a gdy jesteśmy we trzy to nawet, gdy załamuje ręce z nadmiaru roboty, to wiem, że nie jestem w tym sama, haha… (szturcha Calli w ramię)
Poza tym, nie da się nie przenieść forum na życie codzienne. Często mówię o granicy, o tym, że pisze opowiadania, nawet taki laikom z mojej pracy! Czuje wielką dumę z tego powodu! Poza tym, wprowadzanie trochę fantazji do rzeczywistości zawsze mi trochę pomaga. Nigdy jednak nie wnoszę życia prywatnego na Granicę, marudzę tylko dziewczynom na komunikatorach, jak mnie życie prywatne doprowadza do szału hehe. Są momenty krytyczne, ale mam poczucie bezpieczeństwa, że świat się od tego nie zwali, bo mam Niarkę i Calli.

H&K&S: Wracając z realnego świata do Granicy, Frigg, nie wiem czy wiesz, że masz opinię najskrupulatniejszego z moderatorów, a ty Call jesteś uważana za osobę, która jest w stanie odpowiedzieć na każde pytanie?

C: A coś mi się obiło o uszy (śmieje się), Kerhje kiedyś gdzieś mi tak napisała i zrobiło mi się tak strasznie miło! Bo oczywiście nie wiem wszystkiego, ale zawsze staram się odpowiedzieć i jeśli nie wiem – to się dowiaduję. Ale nie wiedziałam, że to jest “coś” (zażenowany uśmiech). Dobra, teraz oficjalnie się peszę (mruczy pod nosem).
F: Pisałam o tych miłych chwilach, gdy dopada cię w głowie zmora? Moje odstraszacze! Jejku! Dziękuję! Ja to w sumie o niczym nie wiedziałam, ale cieszy mnie ta opinia. Nawet nie wiecie jakiego bzika mam na temat własnej skrupulatności (okropnie okropniastego) więc teraz uspokoiliście moje serducho i rozum, tak się zawsze na maxa staram wszystko zrobić tak jak mówię, albo wyjaśnić do cna o co chodzi i to dowiadując się o tym z każdej możliwej strony! (zapewnia gorliwie i z zapałem w oczach).

H&K&S: Jak już wspomniałyście, jesteśmy jedną wielką, granicową rodziną! A teraz zmieniając nieco temat naszej różowej pogaduszki… Co was zainspirowało do stworzenia waszych pierwszych postaci?

C: Callisto… Ona istniała zawsze. Chyba kiedyś miała inne imię, nie pamiętam, ale nazywała się Rashess na pewno już wtedy, gdy tworzyłam ją w ramach zabijania czasu na jakimś obozie konnym, gdzie z dziewczynami grałyśmy w takiego pbf’a opowiadanego (śmieje się do własnych wspomnień). Nie miałyśmy nawet kostek, zupełnie nic, tylko własną wyobraźnię. To, co na Granicy opisujemy w postach, tam sobie po prostu opowiadałyśmy, a jedna z nas była Mistrzem Gry, prowadząc rozgrywki między treningami i posiłkami. Calli zawsze była rzezimieszkiem, łotrzykiem, te słowa najlepiej ją oddawały. Do tego rudą półelfką, z zadziornym charakterem, głośnym śmiechem i zamiłowaniem do poznawania ludzi (zazwyczaj poprzez kradzież lub zaczepki). Uwielbiałam pakować się nią w tarapaty, a później zaśmiewać się do rozpuku, gdy ta wariatka usiłowała się z nich wykpić, wywalczyć, wyszarpnąć lub pozbyć na inne sposoby. Kiedyś MG postawiła mnie w sytuacji, z której naprawdę już nie było jak wybrnąć, bo miało to coś wspólnego z ptakami Hitchcocka, które za punkt honoru postawiły sobie wydłubać jej oczy, więc zaczęła wrzeszczeć jak opętana [czyli ja zaczęłam wrzeszczeć, jak opętana, latając po pokoju (dopowiada prawie konspiracyjnie, ale śmiejąc się już w głos)] i wciąż nie było to żadne wyjście, ale powiedzmy, że polubiłyśmy się jeszcze bardziej (stwierdza z zadowoleniem i nostalgią). Jakoś była w mojej głowie wtedy i z sentymentu tam została. Nie stworzyłam jej na żadnym innym pbf’ie, dopiero tu odważyłam się nadać jej kształt. Dlatego kurka wodna (autentycznie powstrzymała się od przekleństwa, to nie cenzura panie i panowie!) tak kombinuję z avatarami tej dziewczyny, bo znam jej wygląd, ale nie mogę znaleźć nic „idealnego”, a wydaje mi się, że na taki zasługuje. Chwilowo więc nawet ma włosy bardziej rude niż czerwone, jak w opisie i moim założeniu, ale ten avatar ma oddawać jej ekspresyjność. To wariatka, ale jak się ją bliżej pozna to w porządku dziewczyna. No i ma Thora.
F: Oho, to z kolei pytanie dla mnie bardzo prywatne. Nie mam skrupułów by mówić ile mam lat, ale geneza powstania moich postaci, a szczególnie tej pierwszej, jest dla mnie czymś bardzo osobistym. Frigg to szczególnie mocno skomplikowana postać (nawet dla mnie samej). Niestety zagląda ona w zakamarki bardzo głęboko osadzonych we mnie uczuć, dlatego nie zawsze potrafię nią odpowiednio pokierować. Jest bardzo niedopracowana, ma wiele niedociągnięć więc tą informacją powinnam pocieszyć wszystkich tych userów, którzy uważają swoja pierwszą KP za kiepską. Wydaje mi się, że wielu odnosi takie wrażenie, bo chyba nie ma nowego usera (prócz Kany, haha, ciągle pamiętam pierwsze nasze PW, gdy zagięła mnie pytaniami o świat, a ja nawet o takich rzeczach nie pamiętałam! Przeszukałam forum wzdłuż i wszech by odpowiedzieć na każde, najdrobniejsze pytanie! Ot, moja skrupulatność), który by się zapoznał z każdym możliwym zapiskiem na forum. Frigg mocno nawiązuje do mojego życia prywatnego, które chciałam w jakiś sposób z siebie wyrzucić, ale z drugiej strony niemo sobie nią pokrzyczeć w internecie. Moja złość i frustracja powstała na wskutek niezbyt kolorowego życia, odnalazła ujście właśnie w niej. Nie zabrzmi to zbyt wesoło, ale to właśnie w najgorszych momentach mojego życia pisze mi się nią najlepiej. Wówczas właśnie rozumiem ją doskonale. Wbrew pozorom jest to postać pełna bólu i cierpienia, czego jeszcze chyba nie zdołałam udowodnić w żadnym wątku nią. Teraz wszyscy będą na nią patrzeć przez pryzmat tego wywiadu, ale nie chcę by inni kojarzyli ją ze smutkiem. Pisanie tą nieokiełznaną, uparta krową przynosi mi wiele zabawy! Imię nordyckie wzięło się oczywiście z zamiłowania do mitologii naszych Europejskich sąsiadów, a rasa… O tak! To pamiętam doskonale, driada – pierwsza rasa jaka przeczytałam i już wiedziałam, że to jest to. Prywatnie jestem dzieckiem kwiatu, kocham lasy, naturę, peace&love, to cała ja! Natura, dzikość, nieokiełznanie… Kto by nie chciał takiej driady?
C: Moja Fryga… (patrzy na “siostrę” z miłością w oczach)

H&K&S: Chyba każdy z nas wkłada w postacie wiele osobistych przeżyć, ale geneza powstania zarówno Frigg, jak i Callisto będzie chyba niespodzianką dla wielu (kronikarze spoglądają po sobie z uśmiechem). No właśnie… Różnie bywa z tymi charakterkami. Wiemy, że niektóre z waszych postaci cechują się… oryginalnym podejściem do poczytalności. Co najbardziej szalonego zrobiły kiedyś wasze postacie?

C: O losie! (śmieje się w głos) Co szalonego zrobiły moje postacie? Wszystkie? (wyraźnie rozbawiona szczerzy kiełki) One istnieją po to, by tworzyć wokół siebie chaos i zniszczenie, nawet Mim, chociaż wygląda niepozornie (śmiech). Szaleństwo i ryzyko jest jednak perspektywiczne i zależy od współwątkowicza i samego wątku, moim zdaniem – od tego, na ile sobie można pozwolić. No ale dobrze, co najbardziej szalonego… pierwsza oczywiście nasuwa się moja cudowna i urocza panterołaczka Kimiko, która nieco naćpana nowiem wpadła na genialny pomysł wrzucenia swojego towarzysza do rzeki… dodajmy, że tym towarzyszem był diabli bandyta z piekła rodem i awersją do wody wszelakiej właśnie. Ale w sumie skończyło się tylko na groźbach, wszyscy żyją i mają ogony na miejscu (stwierdza z zadowoleniem). Ucieleśnieniem szaleństwa i chaosu jest Sonea, ale ona nie robi jakichś wybitnie niesamowitych rzeczy, po prostu jest stuknięta. Gada do wszystkiego i wszystkich, wspina się na ludzi, pełza po ziemi, paca, dmucha, chucha, mruczy i piska, nie no dramat z tą blondynką (śmiech). Lexi uczepiła się trytona w morderczym szale i opętana przez jakiegoś ducha podąża za Wegą w sobie tylko znanym celu, Mathias dla zwykłej rozrywki droczy się z niezrównoważoną emocjonalnie księżniczką, Maia próbowała zaatakować kawałkiem szkła panterołaka-najemnika (żałosne/szalone – skreślić zbędne), Rakel dała się wyteleportować obcemu demonowi gdzieś hen, diabli wiedzą gdzie, po czym podpaliła jezioro pełne nimf, a Astarte gra Ognaruksowi na nerwach, żeby zobaczyć co się stanie… właściwie nic wyjątkowego, po prostu lubię jak się dzieje, więc drobne nieodpowiedzialne zagrania lubię wplatać. Nawet jeśli czasem moje postaci traktowane są przez to, jako nieco nieporadne życiowo/umysłowo/emocjonalnie, to ja robię to po prostu dla urozmaicenia rozgrywki i zwyczajnie dla śmiechu (potwierdza to, nieustannie się podśmiewając podczas opowiadania). Żadnego skoku z przepaści na słowo honoru nie było, ale też chyba nie mam postaci, która przeszłaby przez życie/wątek bez „drobnych” przygód, by było różnorodnie. Cała moja gromadka ma nierówno pod sufitem i jest na własny sposób zdrowo walnięta, ale tak ma być (stwierdza z zadowolonym uśmiechem).
F: OMG, ale pytanie haha! Czuję się zbita z tropu, bo nie mam normalnych postaci, ale z drugiej strony czy w swoim życiu zrobiły coś naprawdę szalonego? Nie wiem za bardzo nawet, jak ugryźć ten temat, bo to zależy w dużej mierze od perspektywy danej postaci. Dla Kaviki największym szaleństwem jest się zakochać w bandycie, gdy ma się bogatego narzeczonego, który opłaci jej badania. Namir obecnie pocałował, bez słowa wstępu, Leilę, która ma go jedynie za przyjaciela i na myśl jej nie przyszło „coś więcej”. Jest też bardzo dużo wątków, w których moja postać miała dokonać czegoś epickiego, ale… posypało się. Wygrzeb coś teraz ze swojej pamięci, to jest wyzwanie! Duży potencjał ma z pewnością Ruu, jej zachłanność na pewno szybko odbije się czkawką Veryvinowi. Na ten moment najbardziej absurdalne działania podejmowały na pewno Niviandi oraz Wiladye. Syrenka jest w sobie po uszy zakochana i jest w stanie powiedzieć komuś wprost, że jest brzydki, nawet wisząc jednym palcem nad przepaścią. Powiedzenie najemnikowi, że jest łachmaniarzem? Nie ma sprawy. Potraktowanie przyjaciółki, jak służącej, bo nie płynie w niej błękitna krew? To tylko szczerość. Ścięcie zabójczo pięknych i długich loków, gdy wygląd to 99% twoje prestiżu dla ratowania życia i to przeskakując nad wyrwą? Chyba jednak życie to ten mierny 1%, dla którego to zrobiła, a umówmy się – syrena, która jest rozpieszczona księżniczka kiepsko radzi sobie w ekstremalnych sytuacjach. Wiladye za to… Nie za bardzo widzi coś złego w tym co robi? Ostatnio uwolniła się z trzema innymi centaurami z klatki, dwie kopytne apelowały o szybka ucieczkę bez zabijania, ale propozycja by jednak zabić porywaczy by ich już nigdy nie spotkali… Pestka. Wil poderżnęła gardło śpiącemu strażnikowi i wzięła sobie włócznię, a teraz okłamała dzikie plemię, że jest ich boginią. A ma tylko szesnaście lat…

H&K&S: Wszystko zależy od punktu widzenia, ale chyba rzeczywiście można powiedzieć, że wszystkie postacie to jedno cudowne szaleństwo. Ale mówiąc już o historiach… Marzy wam się jakieś konkretne wydarzenie w wątku?

C: Chyba po raz pierwszy odmówię odpowiedzi (uśmiecha się, w założeniu przepraszająco, ale wychodzi trochę niecnie). Wszyscy, z którymi piszę wiedzą, że nie planuję zbyt wiele do przodu [lub nie planuję wcale (śmiech)], losy obmyślając właściwie z posta na post. Czasami jednak zdarza się, że w wyniku jakiejś sytuacji, splotu wydarzeń, konkretnych bohaterów, albo nawet prywatnych rozmów na gg, wyklaruje się potencjalna sytuacja, która wywołuje u mnie tryb kota, czyli „OMG, chcę!” Ale nawet wtedy jest to luźna koncepcja, którą wplatam przy możliwej sytuacji, jeśli pasuje, lub modyfikuję ją w jakiś „mniej więcej plan”, ale to nigdy nie jest nic nie do ruszenia. Poza tym niemal zawsze wymaga to jakiejś reakcji drugiej strony, a ja stawiam na spontan i nie mówię żeby w następnym poście zachować się tak i tak. To jest bez sensu, równie dobrze mogłabym sama sobie pisać wtedy opowiadania, by spełniać własne zachcianki, a czarem pbf’a jest właśnie to, czego nie można przewidzieć. Ale owszem, mam kilka rzeczy, które chciałabym, by się zdarzyły w niektórych wątkach, ale obawiam się, że muszę tutaj zasłonić się tajemnicą i co najwyżej zachęcić do czytania niektórych. Nie chcę nic zdradzać, bo nie wiem czy się uda, a jeśli tak, to czy w takim kształcie, w jakim istniał ten pomysł na początku, albo czy zwyczajnie mi się to nie odwidzi. Poza tym zawsze ciekawiej natknąć się na coś wyjątkowego nie spodziewając się tego, niż dostać to podane na tacy, proszę was więc o wybaczenie (uśmiecha się). Tego jednak, co chciałabym dla wszystkich moich postaci, to pasjonujące wątki, które pozwolą im się rozwinąć, wykazać i bawić. Nawet jeśli przewija się u mnie jakiś wątek dramatu, romansu lub horroru to i tak zawsze stawiam na komedię. Ma więc być śmiesznie i cudownie (kończy z zadowoleniem).
F: Bardzo nieładne pytanie (macha palcem na H&K&S uśmiechając się podejrzliwie). Oj oczywiście, że bym chciała by niektóre zdarzenia miały miejsce! https://scontent.fwaw7-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/42261149_936779683178964_1675785914074267648_n.jpg?_nc_cat=101&oh=1e96249f7e6f8c38dbe98b95b3d0af55&oe=5C1F6F40Już miałam kilka wątków, które rozpadły się i musiałam wszystko zaczynać od nowa, ale bardzo zależy mi na konkretnych zdarzeniach, bo to popchnie fabułę moich postaci do przodu. Nie chcę za dużo zdradzać, bo co to za frajda wówczas z pisania? O niektórych rzeczach mogę sobie luźno pomaaaaarzyyyyć (głową wskazuje Calli na Namira), albo liczyć na więcej wątków z pewnymi bohaterami… (zaczyna się śmiać). To tak pół żartem, pół serio~ Wyznaje jednak zasadę wyznaczania sobie pewnych punktów do zrealizowania, a jak już do tego dojdzie dokładnie… Cóż, nie jestem w stanie przewidzieć ruchów współwątkowicza, ale ani trochę mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie! Wiele pomysłów, albo na przykład połączeń wspomnianych przeze mnie punktów, powstaje dzięki spontaniczności lub tez daje mi motyw do dobrego rozwinięcia akcji. Uwielbiam to uczucie zamurowania, gdy czytam czyiś odpis i mi się oczy błyszczą, bo dzięki drugiej osobie wpadłam na genialny pomysł. Tutaj zdradzę, chociaż pewnie Callisto nie jest tego aż tak bardzo świadoma, że tak powstał motyw rodzinny Ramii z wątku Niviandi, gdzie w pewnym momencie uzdrowicielka (Ramii) mówi, że Mathias jest podobny do jej brata. No po prostu cudo! Idealny pomysł by wykorzystać go dalej! Stąd też właśnie, jak się okazuje, to brat lekarki miał poślubić niegdyś Niviandi. Jakże pięknie to wyszło! U-WIEL-BIAM. To co jednak bym chciała by na pewno miało miejsce, a nie jest też wielką tajemnicą, to spotkanie Skowronka i Pliszki. Tego wątku niezmiernie nie mogę doczekać, napawam się to myślą, choć nie mam na ten moment żadnego pomysłu na to, o czym by ten wątek w ogóle miał być. Wraz z bliźniaczką parką napawam się tym momentem, gdy oboje dowiadują się o tym, że są dla siebie rodzeństwem. Mrrr! Nie wiem czy kiedyś do takich zdarzeń dojdzie, ale lubię o nich myśleć. Pobudza to moją wyobraźnie, zdecydowanie! Och, no i oczywiście zapowiada się gorący wątek Oswalda z Niviandi, na to spotkanie chyba nie tylko ja czekam… I oczywiście chciałabym, by drogi Shantti i Dżari znowu się ze sobą połączyły <3 Mogłabym naprawdę długo wymieniać, ale nie psujmy sobie niespodzianek…
A Cedr… Cedr to już w ogóle czeka na swoją wielką chwilę hahaha! Powiedzcie, kto jest ciekawy kiedy satyr rozpocznie swoją przygodę? Kto będzie miał jako pierwszy zaszczyt wziąć udział we wspólnym wątku z rogatym przyjacielem natury? Obstawiajcie!*

H&K&S: Na koniec, czy jest coś co chciałybyście powiedzieć naszym wiernym czytelnikom i użytkownikom?

C: Tak! Korzystając z okazji, że ktoś to czyta (i pokonując ten strach przed publicznymi „przemowami” o.o), chciałabym Wam wszystkim podziękować za to, że jesteście na Granicy i pomagacie tworzyć ją taką, jaka jest. Bez użytkowników forum jest jedynie pustą stroną. Piękną, dopracowaną, o bajecznej historii, ale brakowałoby tam ludzi, z którymi można by to dzielić. Dziękuję, że jesteście, że piszecie, że macie pomysły, że odzywacie się do nas ze swoimi wątpliwościami, pytaniami i też bezinteresownie miłymi słowami. Cieszę się, że jesteśmy zgrani, że nie ma konfliktów i że wszyscy sobie wzajemnie pomagają. Cieszę się, że forum jest aktywne i się rozwija, a wątki, które mają tu miejsce są nie raz piękniejsze niż najpopularniejsza książka. Dziękuję, że poświęcacie swój czas i odkrywacie rąbka tajemnicy o sobie, często decydując się podzielić czymś poza informacjami o postaciach, które odgrywacie. Że wspieracie nowych i siebie nawzajem. Że zawsze ktoś jest, do kogo można się odezwać i Granica prawie nigdy nie jest pusta. Chcę Wam powiedzieć, że jesteście fantastycznymi ludźmi i mam nadzieję, że znaleźliście tutaj to, czego szukaliście, czy to ucieczki od świata, czy nowych znajomych, czy zwyczajnie miejsca by się wypisać i wylać nadmiar wyobraźni z głowy. Jesteście niesamowici i tak bardzo chciałabym Wam poświęcać jeszcze więcej uwagi i czasu niż mam. Zawarłam tu przyjaźnie, które mam nadzieję że przetrwają poza Granicą jeszcze długie lata. Cieszyłam się, że jestem częścią tej społeczności będąc użytkownikiem. Byłam zaszczycona, gdy zostałam moderatorem i jestem niesłychanie dumna, że Niara i Frigg dały mi szansę być administratorką i dać z siebie jeszcze więcej. W ogóle uważam, że Niara i Mer odwalili taki kawał roboty z forum, że nie mam słów, by opisać jak wiele dało to mi i pewnie również innym. Granica stała się moim drugim domem. Dziękuję naszym Donosicielom za to, co robią, rozwijając forum jeszcze bardziej, poświęcając swój czas, by przybliżyć Wam już nie tylko wątki, których przecież nie da się wszystkich przeczytać, ale też postacie i ludzi, którzy są jednymi z nas. W ogóle mam napływ miłości i chyba pokonałabym moją aspołeczność, żeby Was wszystkich wytulać, zanim schowałabym się za jakąś poduszką (szaleństwo w oczach). Dobra, za różowo się robi, meh (szaleństwo gaśnie). Ściskam Was wszystkich. Dzięki, że jesteście. Bądźcie dalej. I w razie problemów, forumowych lub prywatnych, walcie jak w dym, powinnam być na GG.
Avatar użytkownikaF: Calli ugościła Was taką końcową przemową, że nie wiem, co mogłabym od siebie dodać! Od czego by zacząć, może też od podziękowań? Cieszę się, że tu jesteście. Wszyscy, każdy z osobna i co do joty, nawet jeżeli nie jesteście aż tak aktywnymi użytkownikami, może jedynie piszecie w wątkach i nie zaglądacie na SB to jednak tu jesteście. Trochę skryci, ale nie ma osób bez znaczenia. Również kieruję te słowa do naszych bardziej aktywnych użytkowników oraz moderatorów. Chciałabym aby każdy o tym pamiętał, bo przecież dajecie tę cegiełkę od siebie i budujecie coś tak wielkiego oraz pięknego – cudowne opowiadania, dzielicie się niewyczerpanymi pokładami wyobraźni, ćwiczycie swój własny kunszt, jesteście autorami niepowtarzalnych cytatów (nasze perełki!), ale i nie tylko. Budujecie samych siebie, kreujecie się, wyrażacie, jesteście tu wolni. Pamiętajcie o tym, bo choćby nie wiem, co by się działo to ja zawsze postaram się Was wesprzeć. Będę stała za Wami murem jeżeli świat zacznie się walić w Waszych oczach. To nie jest tak, że administracja może wszystko. To jest tak, że dzięki Wam możemy wszystko i chcę żebyście tę podobną ideę kierowali wobec samych siebie. Napędzajcie się nawzajem, doceniajcie i bardzo mnie cieszy, że tak się ze sobą dogadujecie i szanujecie. Uwierzcie mi, kamień z serca spada na myśl, że tylu z Was wspiera się nawzajem. Odwalacie kawał dobrej roboty.
Mamy użytkowników z pięknymi duszami, ale także szczególną uwagę chciałabym w tej jednej chwili poświęcić moderacji, która wycina kawał swojego czasu prywatnego na doskonalenie forum. Jako admin czasem trudno pogodzić mi życie prywatne z Granicą, ale sądzę, że podobnym problemem wzmagają się nasi modzi. Mam nadzieję, że zawsze tu będziecie i że te opowieści będą toczyć się dalej. <3
Pragnę również sama podziękować Niarze i Merowi, bo nie ma na świecie nikogo z takim łbem by stworzyć dobrze funkcjonujące i rozbudowane forum <3

Tak oto wygląda świat według Callisto i Frigg. Widziane ich oczami forum to niesamowity, żyjący i ciągle zmieniający się organizm. Dzięki ich poświęceniu, serdeczności i ciągłej uwadze jesteśmy w stanie korzystać z dobrodziejstw, jakie oferuje Alarania i wędrować po niej bez przeszkód. W imieniu wszystkich użytkowników: Dziękujemy Wam!

 Niespodzianka~

*To nie żarty. Zgłaszajcie propozycje do Kerhje na PW, a gdy Cedr zacznie pisać, najlepiej przewidujący jasnowidze (lub stratedzy ;p) dostaną nagrodę od Frigg – narysowany przez nią samą fan art dwóch grających ze sobą postaci zwycięzcy.

Hashira, Kerhje i Satharin

 

 

Dodatek specjalny – wywiad z Crewilem

Pracownia w domu Crewila jest wypełniona fascynującymi, mechanicznymi przedmiotami w różnych etapach ukończenia i całym mnóstwem książek. Panuje w niej lekki półmrok, rozświetlany ciepłym blaskiem lamp. Ktoś inny nazwałby ją zagraconą, jednak ja uważam, że emanuje z niej porywający duch nauki. Wynalazca siedzi przygarbiony nad stołem, patrząc przez grube gogle na przedmiot, który właśnie reperuje. Podchodzę do niego ostrożnie, nie chcąc zaburzyć skupienia malującego się na młodziutkiej twarzy. Kiedy mnie zauważa, kiwa mi głową i wskazuje krzesło. Zsuwam z niego stertę pergaminów i siadam, zaczynając rozmowę.

Kronikarka: Cieszę się, że nawet tak oddany nauce wynalazca jak ty znajdzie chwilę na rozmowę! Powiedz, kiedy zaczęła się twoja fascynacja wynalazkami?

Avatar użytkownika

Crewil: Co? A, to ty? Masz, trzymaj. Pilnuj aby cały czas była naprężona.

(Nie odrywając wzroku od tego co robi, Crewil przekazuje w moje ręce szpulkę nici oraz widelec na którego czubku doklejono niekształtną kulkę plastycznej masy oraz kilka drutów. Chłopak mówi trochę niewyraźnie, ponieważ w ustach trzyma niewielki nożyki i pincetę, tak aby móc z nich jak najszybciej skorzystać (a miejsca za uszami są pozajmowane przez inne przyrządy). Zwykle brakuje mu rąk do pracy, więc każdy pomocnik jest tu na wagę złota. No, może poza dwoma wyjątkami.)

Nie wiem. Chyba od zawsze. A już na pewno od chwili, gdy z mąki i cukru udało mi się zrobić klej. Wówczas dostrzegłem, że rzeczy nie muszą służyć tylko temu do czego je wymyślono.

K: To prawda! Ale na pewno nie wszyscy patrzą na świat tak jak ty. Czy ciężkie jest życie geniusza w takim mieście jak Teravis?
C: No właśnie ten mój pierwszy wynalazek okupiłem strasznym laniem. Ludzie nie do końca rozumieją możliwości jakie daje nauka, a Teravis pewnie nie różni się pod tym względem od innych miast. Najgorsze jak przywykniesz aby pewne rzeczy robić ciągle tak samo i przestajesz poszukiwać nowych rozwiązań. Tymczasem to one dają ci szanse by coś uprościć, a wolny czas spożytkować inaczej. Na przykład, gdy zrobiłem samomieszajacy się garnek dla kucharki. Tłumaczę jej, że dzięki niemu nie musi godzinami stać z chochlą przy zupie i może robić to co lubi. Na co ona odpowiedziała, iż najbardziej lubi stać przy tej przeklętej zupie i eksperymentować z przyprawami. Myślę jednak, że to się powoli zmienia. W końcu na moje prezentacje przychodzi coraz więcej osób, a nawet sam Lord Protektor jest zainteresowany moimi dokonaniami. Podaj mi jeszcze świeczkę, trzeba zalać to woskiem.

(Podaję mu świeczkę i zaintrygowana jego pracą, zadaję kolejne pytanie.)

K: Nad jakim projektem obecnie pracujesz?
C: Tu? W tej chwili? Zauważyłem że Pyłek ma takie pudełko, które rejestruje i odtwarza dźwięki. Moje będzie rzecz jasna większe i lepsze. I będzie wytwarzało muzykę. W końcu dźwięk to tylko ruch powietrza, który przekłada się na drgania strun o różnych średnicach i długości.

K: To fascynujące! Muzyka z pudełka! Nie mogę się doczekać! A skoro jesteśmy przy sztuce… Z tego co mi wiadomo, jesteś również artystą. Gdzie szukasz inspiracji?
C: (czerwieni się) No… wiesz… jest taka jedna… jedna sprawa… w sumie to jeszcze nie wie … bo nie jest łatwo zbliżyć się do kogoś, kto pracuje dla Lorda, no chociaż w sumie to ja teraz też, więc może gdyby udało mi się… eee może następne pytanie.

(Ach, te młodzieńcze zauroczenia! Taktownie zmieniam temat, kierując go ponownie w stronę projektów chłopaka.)

K: Skąd czerpiesz materiały do swoich prac?
C: (z wyraźną ulgą) Ze śmietni… khm znaczy się najczęściej są to datki od poczciwych osób chcących mieć swój wkład w rozwój nauki. Czasem zdarza mi się, że jakiś projekt utknie w zawieszeniu z racji poszukiwania odpowiedniej części do jego realizacji, dlatego zawsze staram się zwracać uwagę na możliwości, jakie dają różne przedmioty. Czekaj. To spinka? To, co masz w włosach. Będzie ci potrzebna?

(Podaję mu spinkę, zadając kolejne pytanie.)

K: Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?
C: Wszystkie są ważne i ciężko faworyzować. A może te największe wciąż jest przede mną.

K: To bardzo dobre podejście! Życzę ci, żeby każde następne osiągnięcie było większe od poprzedniego! A jak odnajdujesz się w obecnej sytuacji – w towarzystwie nieokrzesanej szamanki i równie nieogarniętej maie? Czy na poważnie planujesz opuścić miasto?
C: (Crewil na chwilę milknie zastanawiając się, czy rzekomy wywiad nie jest przypadkiem inwigilacją ze strony Lorda Protektora.)
Jasne, mam w planach wykonać zadanie i potem wrócić do miasta w glorii chwały. A co do dziewcząt, to słyszałem teorię, że jeśli próbujesz podporządkować sobie siły natury, ta potrafi odwinąć się z nawiązką. I chociaż na początku w to nie wierzyłem, coraz częściej zastanawiam się czy te dwie aby nie są jej zemstą? Jednak póki co nie zamierzam malować swojej twarzy na jakiś absurdalny kolor, więc można powiedzieć, iż jakoś się trzymam. Poza tym w ogóle nie rozumiem kobiet.

K: Na koniec powiedz mi, jakie jest twoje największe marzenie? Czy jest coś takiego, co Crewil Rudhof uzna za zwieńczenie swojej pracy?
C: Zawsze będzie coś do wykonania. Nie da się sięgnąć horyzontu nauki. Jeśli stworzysz golema, od razu zaczynasz zastanawiać się czy jesteś w stanie zrobić lepszego golema. I tak to się kręci. Chociaż miło byłoby zobaczyć choć jeden swój patent w powszechnej praktyce. A poza tym chciałbym się dowiedzieć, czego te dwie ode mnie chcą. Czy gdzieś tu nie leży grzebień od pozytywki?

Podaję chłopakowi grzebień i między nami zapada pełna skupienia cisza, przerywana jedynie metalicznym stukaniem narzędzi i zgrzytem śrubokrętu. Przez chwilę obserwuję pochłoniętego pracą Crewila, po czym wstaję i cichutko wychodzę w jaskrawe światło dnia. Zgiełk Teravis natychmiast mnie połyka, a moja głowa jest pełna nadziei na samomieszające się garnki i pudełka wypełnione niesamowitymi melodiami.