Alarańskie pismo obrazkowe

Dzisiaj przed Wami dodatek bardzo specjalny – Niara zdecydowała się zdradzić Wam tajemnice alarańskiego pisma obrazkowego, czyli emotek, które możecie używać na shoutboxie, w prywatnych wiadomościach, grach… Dowiecie się jak to się wszystko zaczęło, kto kiedyś był Barbie, gdzie znajdują się tajemnicze napisy, a gdzie był kiedyś… zadek. Więcej Wam nie zdradzimy – przeczytajcie i przekonajcie się sami!

Jak to się zaczęło?

Od dłuższego czasu drażniły mnie emotikony na forum. Były słabej jakości, zbyt małe, stare i brzydkie. Uznałam, że fajnie będzie wymienić “buźki”. Chciałam zrobić to już wcześniej, ale brakowało mi dostępu do bazy danych. Dopiero, kiedy Meridion przeinstalował mi system na laptopie, logowanie na serwer przestało stanowić problem. Ba! Stało się dużo, dużo łatwiejsze. Tak więc zaczęło się od wymieniania uśmieszków. Potem wpadłam na pomysł, by zmienić też zwierzątka, a że trafiło mi się kilka obrazków pasujących do stworzeń z bestiariusza uznałam, że “Dlaczego nie?”. I wpadłam po uszy. Uwielbiam kiedy coś ładnie wygląda, jest estetyczne, dopasowane i w ten sposób robienie emotikonek wciągnęło mnie jak portal na środku Pustyni Nanher. Jak trafiłam na pierwszą emotkę “fantasy” – nie pamiętam, ale wydaje mi się, że to była Niara. Znalazłam ją jako królową śniegu i zaczęłam przeglądać strony, sprawdzający, czy nie ma też innych, fajnych rysunków. Po tym jak znalazłam driadę, anielicę, diablicę i ogrom innych grafik oczywiście uznałam, że zrobienie spersonalizowanych emotek pod postacie będzie genialne. Ale przede wszystkim przyniesie radość osobom dla których je zrobię. W tym przypadku nie zależało mi na tym by było “ładnie”. Chciałam pokazać Wam, że mi zależy i podziękować za wszystko.

Jak powstaje emotka?

Taka podstawowa emotka buźki, to tylko odnalezienie grafiki bez tła i dodanie do niej obrysu. Później emotkę wgrywam na serwer, dodaje do czatu przez panel administratora, dopasowuje rozmiarem i już. Z grafikami rośliny, zwierząt czy postaciami jest więcej roboty, zazwyczaj obrazki mają tła, które trzeba usunąć ręcznie. Niestety strony, które usuwają tło automatycznie rzadko chcą współpracować z moimi grafikami. A co zaś się tyczy emotek dedykowanych, nad nimi trzeba nie raz spędzić dużo czasu.

Emotikony dedykowane

Jak wiecie, zaczęłam od Niary, która nie zajęła mi wiele czasu, choć znalezienie odpowiedniego serca, by wkleić je nad dłonie postaci chwilkę trwało. Poza tym w królowej edytowałam niewiele.

Meridion – tutaj było już poważnie. W oryginalnej wersji Meridion to Loki z Avengers. Na tej emotce zmieniłam prawie wszystko. Dodałam ubranie w zielonym kolorze, wszystkie ozdoby, które się na nim znajdują to malutkie elementy dopasowane do siebie. Korona, naramienniki, pióra, to elementy wyjęte z herbu Draconis.


Kimiko… Otóż Kimiko to Barbie! Dlaczego wybrałam do edycji właśnie Barbie? Bo miała kocie uszka. Co prawda była blondynką i wszystko miała różowe, a w dodatku “puszczała” buziaki w postaci serduszek, ale to nic. Przekolorowałam, pozmieniałam detale. Dałam zielone oczy, zmieniłam dzwoneczek w naszyjniku na pentagram i pyk, słodka Barbie zamieniła się w słodkiego zakapiora.


Emotka San przedstawiała aniołka, a właściwie anielicę o blond czuprynie i bardzo współczesnych tatuażach. Zrobiłam jej więc małe przemeblowanie, usunęłam tatuaże i zastąpiłam je innymi, przekolorowałam ciało, włosy, ubranie i mamy zadziorną alchemiczkę.

Esmeralda, Katniss, Delia i świąteczny aniołek to jedna i ta sama postać! Szok? U każdej musiałam przekolorować włosy, nawet u świątecznego aniołka, bo w oryginalne jej włosy są pomarańczowo-różowe. U Esme większość roboty robi poza i nałożona na całość czerń. A Katniss zmieniłam sukienkę i dodałam pas z róż, złowrogie skrzydełka już były. Niektóre emotki trzeba też było ubrać, na przykład świąteczną diablicę, by nie świeciła nagimi pośladkami.


Tymczasem Elion i Dearbháil skrzydełek nie miały. A królowa miała też inną fryzurę, no i brak korony. A sama korona jest prawie taka sama na avatarze. Wiedziałam, że gdzieś mam tą koronę i musiałam ją odnaleźć, żeby włożyć na głowę pokusy.


Raelka natomiast to Elsa z Krainy Lodu, tylko nieco zmieniona i z kwiatkami we włosach, ale to na pewno zauważyliście. Podejrzewam jednak, że niewiele osób domyśla się kto jest na emotce Gwennie. A jest to Ariana Grande, choć mocno zmodyfikowana, bo nie miała ani koronek, ani elfiego ucha, ani kwiatów we włosach. Obrazek podpisany jako “królowa” to również Ariana, choć tam nie musiałam niczego zmieniać.

Anielica Jaenvia jest w rzeczywistości bardzo niegrzeczna. Inne jej wizerunki, jakie udało mi się znaleźć nie nadają się do pokazywania na forum, na przykład ze względu na wystawiony środkowy palec, tudzież inne używki lub pozy. Nie mówiąc już o tym, że Yve w innych wersjach jest absolutnie niecenzuralna. Jak powiedziałam kiedyś River, wszystkie rysunki jakie widziałam z tą postacią można śmiało nazwać “50 twarzy Yve”.

Przy okazji warto wspomnieć, że magiczny kotek ze szklaną kulą nie widzi w niej wcale pioruna, a… humanoidalną, nagą pupę. Nie wnikałam co chciał z nią zrobić. (Ugryźć i podrapać?). Tak, czy siak, o mały włos wrzuciłabym tegoż kota w oryginalne, na szczęście zdążyłam przybliżyć obraz.

Ale może wróćmy do grzeczniejszych. Blanche i Niviandi to tak jak w przypadku Esme i koleżanek, ta sama postać, tylko w różnych wydaniach. Valerija ma na sobie ubranie takie jak na avatarze, jej korona także jest wyjęta “żywcem” z avataru. Muszę przyznać – nie było to proste i wymagało wiele pracy.

Mężczyzna padający na twarz w emotce dobranoc to Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes. Jaka jest tajemnica Imeldy? No cóż, jej nogi były nieco zbyt długie, więc je poplątałam. Jeśli powiększycie obraz i przyjrzycie się dobrze, to na pewno wasze oko wychwyci, że nóżki satyrki do siebie nie pasują, a dziewczyna ma albo jedno, albo trzy kolana. Zależy z której strony spojrzeć. Ryan to rysunek Audrey Hepburn, a Mimosa, Wiosenka i Enadelia (ukryta na dodatkowej stronie) to Lana Del Rey, tylko w różnych wersjach i przekolorowana. Przyglądaliście się może diademowi z czatu? Coś świata? Nie? Ten sam diadem można zobaczyć w herbie Arrantalis, tylko w wersji z fioletowymi klejnotami.

Pozostałe ciekawostki

Dla tych, którzy nie bywają na discordzie: piękna, tęczowa spirala, to dzieło Erisa. Podzielił się z nami rysunkiem, który wykonywał jako pracę na studia. Spodobała się nie tylko mnie, ale też innym osobom. Początkowo funkcjonowała po prostu jako “spirala”, dopiero Wenszu zaczął używać jej jako metafory aury i teraz wyświetla się jako Aura by Eris, choć kod pozostał :spirala, dlaczego? Ponieważ zmiana kodu kasuje obrazy, jeśli ktoś użył ich wcześniej pod pierwotną nazwą.

A wiecie, że emotki KP i :mojpost kryją w sobie prawdziwy tekst, który można przeczytać? Wystarczy powiększyć, tudzież otworzyć obraz, a okaże się, że w karcie postaci pojawia się władczyni Tahira, a post to opis Zakurzonej Biblioteki. Hydra też nie miała aż tylu głów, ale od czego jest photoshop, może od tego by urosły dodatkowe łby, które trzeba ściąć. I może tutaj wspomnę, że na nowej emotce “Do boju! Na Hydrę!”, na tarczy bohaterki, nie przypadkowo znajduje się wąż z trzema głowami, które zostały magicznie rozmnożone przez… no mnie. Zaś na emotce “Hejo!”, na klapie laptopa znajduje się logo Granicy, a na grafice “Granicuje”, w laptopie przystojniaka można dostrzec screen ze strony forum. A na emotikonie “wtulanko” znajduje się oryginalna wersja Kany.

Choć staram się nie politykować na forum, to przecież wszyscy wiedzą, że popieram LGBT, bo sama należę do tego środowiska i w dużym stopniu przeniosłam to na Granicę w artykule o seksualności. Dlatego też na czacie emotka “przytulasy” przedstawia dwóch mężczyzn, a tulaski-przytulaski to dwie kobiety z kolorowymi włosami. I choć mamy też inne grafiki z przytuleniem, na których są dwie dziewczyny, to te wymienione wcześniej, zostały dodane do forum celowo, jako moje poparcie dla wszystkich, którzy kochają, a czują się wykluczeni. Pamiętajcie, Granica nikogo nie wyklucza!

~Niara

Rozmowy z Bohaterami #4

Calathal i Lotta

To była zamieć

To była zamieć! Błękity nieba przysłoniła szarość, a górzysty teren pochłonęły miliardy tańczących śnieżynek. Nawet Lotta musiała poszukać jakiegoś schronienia, by nie zostać zupełnie zasypaną.

Właśnie dlatego, siedzący w przytulnej jaskini Calathal miał niespodziewaną przyjemność zobaczyć wyłaniającą się z wirów śnieżnej burzy młodą czarodziejkę – a ta, gdy tylko wyczytała z jego aury, że nie jest ostatnim bandziorem, weszła wesoło głębiej i strzepała białe zaspy z ramiączek sukienki. Przypatrzyła się gospodarzowi, dygnęła, pomachała, uśmiechnęła się, dygnęła raz jeszcze i podeszła bliżej.

Lotta: Nie sądziłam, że ktoś tu jeszcze będzie! A w sumie mogłam. Bo kto siedziałby na zewnątrz, gdy tak nic nie widać, prawda? Nawet ja nie i pan też pewnie nie, skoro pan jest tutaj, panie…

Calathal: (jego oczy rozszerzyły się nieco, gdy spojrzał na Lottę, widocznie nie spodziewał się, że ktoś jeszcze postanowi schować się w tej konkretnej jaskini, po chwili nawet wstał i ukłonił się dziewczynie) Calathal Maldragheil. W pobliżu znajduje się sporo jaskiń, w których można schronić się przed zamiecią… Dlaczego wybrałaś akurat tą? Przez przypadek, czyli tak jak ja? Nie przeszkadza mi to, choć mnie to zaskoczyło, ale nie będę cię stąd wyganiał, panienko…?

L: Lotta! Lottana Vasco. Em… nie, chwila… Lottana Vasco-Doyle? (Przykłada palec do brody). Tak! Lottana Doyle. Vasco. A jak wyjdę za mąż to będę mieć trzy nazwiska! Tak? Hmm… chyba tak. Ale to raczej nie w tej jaskini, prawda? Znaczy pan tu jest i ja też i trafiliśmy tu przypadkiem, czyli był to zbieg okoliczności, ale nie sądzę, żebym za pana wyszła, zwłaszcza tu i teraz. Nawet jeżeli to bardzo miłe, że mnie pan, panie Mald… jak? Nie wygoni. Bardzo dziękuję. (Uśmiechnięta kłania się z wdzięcznością i szuka miejsca by usiąść).

C: Miło mi cię poznać i możesz mi mówić po imieniu. Pełnym – Calathal – albo skróconym – Cal. (Wzrusza ramionami, wskazując, że jest mu to bez różnicy, który z wariantów wybierze Lotta) I nie musisz też od razu wiązać ze mną swojej przyszłości. (śmieje się krótko) Nie wiem, jak ty na to patrzysz, ale ja sądzę, że gdy tylko zamieć przejdzie i będziemy mogli ruszyć dalej, to i tak pójdziemy w swoje strony i więcej się nie spotkamy.

L: Och, ależ to bardzo smutne Cal! Znaczy nawet nie to, że nie będziesz moim mężem, ale że tak od razu sobie pójdziemy (siada dość blisko niego). Wydajesz mi się miły. A ja już tak długo podróżuję sama… chyba, że ty tak lubisz. Jesteś tu w końcu sam. Czy może ktoś na ciebie czeka gdzieś niedaleko i pójdziecie dalej w gromadzie?

C: Przynajmniej zdążymy chwilę porozmawiać (milknie na chwilę i zdaje się czegoś nasłuchiwać), bo wygląda na to, że zamieć spędzi w pobliżu jeszcze trochę czasu. I podróżuję sam, przynajmniej aktualnie… Ale zdarza mi się pracować lub podróżować z kimś, czasem tylko z jedną osobą, a innym razem w większej lub mniejszej grupie. A jak to wygląda u ciebie? Przemierzasz Alaranię sama? Z kimś? I… gdzie się udajesz?

L: Ja zawsze wolę mieć towarzystwo! Ale czasami muszę pójść gdzieś sama, jak teraz. Już swoją wielką samodzielną podróż odbyłam i tyle mi wystarczy. Jestem dorosła i samodzielna. Więc znów podróżuję z mamą (uśmiecha się). Polubiłbyś ją, jest niższa ode mnie, ruda i zawsze ma swoje zdanie. Ale jej nie podoba się taki zimny klimat, więc czeka na mnie w mieście. A ja dostarczam wiadomość do takiego pana Pustelnika, który gdzieś tu mieszka. Często chodzimy jednak bez większego celu. Hmm… w zasadzie to nie za bardzo mam jakiś stały dom… a pan? Znaczy się, a ty Cal?

C: Kiedyś miałem coś, co bez zastanawiania się mógłbym nazwać stałym domem, ale to dawne czasy. Teraz niby jestem w trakcie podróży do tego miejsca, lecz nie jest ono tym samym, czym było wtedy (Na krótką chwilę w jego oczach pojawia się smutek). Co to twojej mamy – może i mógłbym ją polubić. Pytanie, czy ona polubiłaby mnie?

L: To zależy. Jeśli byś jej się spodobał to bardzo, a jeśli byś się spodobał mnie, to bardzo nie. Mamuś jest bardzo krytyczna do mężczyzn, którzy mogliby mnie złapać, chociaż sama lubi łapać jakichś dla siebie. Tylko jej nie wychodzi. Złapała jednego raz (to mój tata!), ale potem się skłócili, bo mają inne charaktery. Tata jest bardzo spokojny i go ścigają, a mama lubi podróżować i ściga. Chyba już rozumiem dlaczego nie mam domu… (kiwa głową). Wszyscy zawsze gdzieś w drodze. Ale jeśli ty możesz wrócić do siebie to bardzo dobrze! (Ożywia się). Nawet jeżeli miejsce się zmieniło… och, mam nadzieję, że będziesz mógł tam zostać!

C: Wolałbym tam nie zostawać. Domy zamieniły się w ruinę, a cała wioska jest bez życia. Niezamieszkana… Chociaż nawet nie jestem pewien, czy zostały tam jeszcze jakieś ślady chociażby tego, że kiedyś stały tam budynki mieszkalne… (Próbuje znaleźć inny temat, bo ten wyraźnie przywraca wspomnienia, za którymi nie przepada) Mniejsza z tym, tak myślałem o Pustelniku, o którym wspomniałaś wcześniej i wydaje mi się, że mogę wiedzieć, gdzie mieszka. Jeżeli nie postanowił przenieść się w inne miejsce.

L: Och, naprawdę!? (Jakby podświadomie pozwala zmienić temat i zapomina o wiosce). To byłoby cudownie, gdybyś mi pokazał, gdzie to jest! Bo pokażesz, prawda? (Patrzy z nadzieją).

C: Na początku chciałem ci tylko powiedzieć, jak tam dotrzeć… Ale tak ładnie prosisz, że chyba będę musiał cię tam zaprowadzić (Znów zaśmiał się krótko, jak na początku tej rozmowy). Wcześniej zwróciłem uwagę na to, jak byłaś ubrana, gdy tu weszłaś. Nie wyglądasz na lodowego elfa, ale też jesteś odporna na zimno?

L: Jestem! Czarodziejką. Ale mam sporo wspólnego z lodem i zamieciami… w sumie to niechcący wyszło! Kiedyś władałam tylko magią wody, ale potem od pewnego wampirzego kapitana dowiedziałam się jak tworzyć lód… no i moją drugą rodziną są białe niedźwiedzie. Zmiennokształtni. Nauczyłam się – ojej, nauczyłam! – jak radzić sobie z mrozem. Dla ciebie to naturalne, prawda? Ale macie fajnie! Zobacz, gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach mogłabym pójść z tobą. I w sumie jeśli kiedyś wpadniemy na siebie jeszcze raz to pójdę. Chciałabym poznać więcej lodowych elfów!

C: Tak… Moje ciało od urodzenia jest niewrażliwe na zimno. Dlatego niby mógłbym podróżować w czasie zamieci, ale jest to strasznie niekomfortowe, więc postanowiłem, że ją po prostu przeczekam. Zmiennokształtni są twoją drugą rodziną? (Po tym pytaniu, przez krótką chwilę zastanawiał się nad czymś) Póki tu razem siedzimy, możesz mi o tym opowiedzieć więcej, jeśli to nie problem. Zaciekawiło mnie to.

L: Och, oni są ciekawi! Wiesz, mieszkają całkiem daleko, za oceanem. Jest u nich bardzo zimno, a oni wszyscy są duzi i taaacy mili! I biali. Nauczali mnie magii lodu… Życia w tamtejszym klimacie, polowania… och, bo dali mi to! (Z dumą przykłada palce do naszyjnika). To ich mały skarb. Dzięki temu mogę zamieniać się w niedźwiedzia, jak oni! Pokazali mi jak tropić i przetrwać. Znaczy bardziej niż już umiałam. Ale potem wróciłam. Ostatecznie urodziłam się tutaj i mam tu mamę i tatę. No i znajomych! Właśnie – może zostaniesz jednym z nich? Będę ci opowiadać same ciekawe rzeczy!

C: Nie, raczej nie… Pasuje mi to, kim jestem teraz. (przestaje mówić i znów czegoś nasłuchuje) I wygląda na to, że zamieć jednak opuszcza nas trochę szybciej, a nawet jeśli nadal pada śnieg, to na pewno wiatr zaczął się uspokajać. Jeśli chcesz opowiedzieć mi coś jeszcze, to może w czasie drogi?

L: (Nie rozumiejąc, że Cal chce zostać Calem, a nie jej znajomym, podnosi się ochoczo). Chętnie! Mogę powiedzieć więcej o rodzinie Vasco, o tym jakich mam tu przyjaciół i nawet pokazać ci jak się zmieniam, chociaż wymagato zdjęcia ubrania…

Rozmowy z Bohaterami #3

Noa i Ayeesha

“Przekleństwo piękna”

Ciemność. Na wyludnionej scenie chybotliwie paliło się kilka świeczek, blado oświetlając dwie skrajnie różne postacie. Kim były? Każde z nich miało po tysiąc twarzy. Każde z nich potrafiło grać, całkowicie oddać się sztuce. I każde z nich mogło być niebezpieczne. Skłonne do egoizmu i okrucieństwa. Piękne, zabójcze istoty. Kiedy następnym razem się spotkają nie będzie to już na deskach pustego teatru. Lecz teraz miały chwilę by obejrzeć się przed spektaklem – bez masek, bez stroju, bez charakteryzacji. 
O ile możliwe jest dla nich wyjście z ich niecodziennych, acz tragicznych ról.

Noa: Proszę, proszę, co my tu mamy… Czyżby pokusa? (Zerka z aprobatą). Co też sprowadza piekielną na Łuskę? Uganiasz się za pożywieniem?

Ayeesha: Na pierwsze pytanie odpowiadając: w rzeczy samej. Na dwa kolejne zaś: sprowadzona jestem tu przez przeznaczenie, które każe mi nieść Piękno i Sztukę we wszystkie zakątki tegoż świata, a wraz z nimi – oświecenie. Oprócz tego robię to, co jest główną domeną pokus: spełniam pragnienia.

Głos dochodzący z sakiewki: Po prostu powiedz, że ganiasz za kolejnymi zachciankami Diabła Wcielonego, a nie jakieś ody o suszeniu wody…

Noa: O, towarzystwo? Miło trzymać kompanów w woreczku. I niewątpliwie cokolwiek to jest ma głowę na karku… czyli komuś służysz, dobrze rozumiem aluzje z sakiewki?

Ayeesha: (Wzdycha) Wypełniam powinności należne mi z tytułu zawartej onegdaj transakcji. Służę – tak, w ten sposób też można to określić, lecz nie brzmi to zbytnio wyrafinowanie… Jeśli zaś chodzi o towarzystwo, mogę ci pożyczyć moją sakiewkę i zyskać kilka cennych chwil świętego spokoju. Co o tym sądzisz?

Noa: Nie pogardzę nikim kto jest w gorszej sytuacji ode mnie, żeby się trochę zabawić… umie coś fajnego? Śpiewa, rzuca anegdotkami? Co to właściwie jest? 

Ayeesha: (Wyciągając czaszkę z worka) Jest kompletnie bezużyteczny, jeśli nie liczyć niesamowitych umiejętności irytowania wszystkich wokół.

Lear: Mógłbym dokładnie to samo powiedzieć o tobie! Przestańcie mnie traktować jak gadającą zabawkę. Nie śpiewam ani nie rzucam anegdotkami, a już na pewno nie dla czyjegoś widzimisię. Mogę za to przeprowadzić ciekawe rozmowy, gdyby tylko ktokolwiek kiedykolwiek zechciał mnie wysłuchać…!

Noa: (zaintrygowany) Och… gadający kawałek zezwłoka… ciekawe towarzystwo dla pokusy. Jesteś magicznym tworem czy kiedyś żyłeś? Widzisz, chętnie posłucham jeżeli to faktycznie ciekawa historia.

Lear: Ha! Wreszcie upragniona odrobina atencji. Żyłem, a jakże. I nawet nieźle mi się powodziło. A potem w moim buraczanym biznesie pojawiła się konkurencja. Stosowali nieczyste zagrania, więc ja też musiałem uciec się do brudnych sztuczek. Diabeł Wcielony miał mi użyczyć swojego sprytu w zamian za “użytek z mojej charyzmy”. Tak to szarlatan określił w umowie… Szkoda, że nie raczył wspomnieć, iż tamtemu drugiemu złożył podobną ofertę. Sprytnie to sobie wymyślił: napuścił nas na siebie, doprowadził obu do ruiny, a po śmierci z takiego przystojniaka został tylko suchy kawałek truchła z osobowością… Ale niech nie myśli, że tak łatwo przyjdzie mu mnie wykorzystywać! To wszystko był jeden wielki przekręt, a ja jestem jego ofiarą…! W przeciwieństwie do tej tu – wskazałbym palcem, ale ich nie posiadam – która skazała się na taki los z własnej głupoty. I jeszcze przy tym dostała perfekcyjne ciało. Gdzie jest sprawiedliwość, ja się pytam…

Noa: Sprawiedliwość? (Prychnięcie) Chyba wszyscy doskonale wiemy, że nie ma co na to liczyć. Ale tak, jesteście wspaniałym dowodem na to jak los potrafi być pokrętny… (Przeciągłe spojrzenie na Leara i ciało pokusy). Twoja historia też jest tak fascynująca? Buraki miały konkurencję i dałaś się wykiwać? 

Ayeesha: (Udawany śmiech) Wyborny żart, doprawdy… Nie, mój drogi towarzyszu niedoli, ja jestem ożywionym dowodem na to, że zbyt silne pragnienia prowadzą tylko do zguby. To ciało (Przesuwa dłonią wzdłuż) jest przyczyną i skutkiem. Jego piękno – moją alfą i omegą. I najbardziej ironiczną puentą tej historii, ukazującą, iż spełnienie jednego marzenia może zrujnować pozostałą część życia… Lecz nie uważam siebie za ofiarę. Nowa rola w scenariuszu życia leży mi całkiem nieźle i zamierzam odegrać ją najlepiej jak potrafię. (Chwilowe zamyślenie) A ty, potrafisz docenić obecność Sztuki w swoim życiu?

Noa: (zaskoczenie) Skąd żeś to… ale tak. Sztuka… to moja pasja (Ironiczny uśmieszek). Być może jak i ty jestem dziełem sam w sobie, chociaż nie boję się o sobie mówić jak o ofierze. Losu czy istot… na jedno wychodzi. Jednak gdyby nie moje zdolności skończyłbym o wiele gorzej. Umiem zachwycić i bawić, więc jestem cenny. A mało który wariat niszczy naprawdę cenną własność. Plus… w przeciwieństwie do ciebie obecnie korzystam z wolności. Względnej wolności (Dotyka palcem obróżki). Wracając jednak do sztuki… moją największą jest kłamstwo. Nieczęsto już gram na scenie, ale na co dzień przyjmuję nie najgorsze role. Młodej szlachcianki na przykład. Uwielbiam te naiwne spojrzenia, słowa obliczone na pocieszenie zagubionego dziewczęcia… czy twoim zdaniem dobrze wykorzystuję nieszczęsne ciało, które zostało mi dane?

Ayeesha: (Podchodzi do niego i unosi palcami jego podbródek) Ty i ja tak naprawdę nie różnimy się tak bardzo. Oboje czynimy z życia grę, przyjmując wiele rozmaitych ról, oprócz swojej własnej. Nasze ciała są narzędziami, pięknymi narzędziami. Aż czuję nieodpartą pokusę, by zagłębić w twoim sztylet, po samą rękojeść… (Uśmiecha się). Nie, nie zrobię tego. Jesteś piękną istotą, lecz nie dostrzegam w tobie konkurencji, a wspólnika w szerzeniu Sztuki. Tak… Myślę, że dobrze wykorzystujesz swoje dary.

Noa: Dziękuję za uznanie. Jesteś… “ekscentrykiem”, co? Tak się to chyba nazywa, kiedy prawdziwy artysta jest z lekka szurnięty. Ale miło, że mnie nie zaciukasz na miejscu. Tego by tylko brakowało! (Chwila ciszy). Za pierwszego życia musiałaś być człowiekiem… Już wtedy ceniłaś sztukę tak bardzo? Pomijając nawyk wbijania innym sztyletów między żebra.

Lear: “Ekscentryk”… Niezły eufemizm na wariatkę.

Ayeesha: Sztuka była dla mnie wszystkim, odkąd skończyłam piętnaście lat. Była ideałem, do którego dążyłam, a którego nie mogłam osiągnąć.

Noa: Nie mogłaś?

Ayeesha: Moje oblicze w kontekście sztuki stanowiło wówczas zniewagę. Nie byłam godna, by pławić się w jej blasku. Dlatego zapragnęłam tego ciała… (półgłosem) Między innymi. Chciałam wszystkiego, czego pragną ludzie – miłości, akceptacji… Byłam wtedy zupełnie inną osobą. Ale tamta Alajella nie żyje od dawna i chciałabym móc zapomnieć, że kiedykolwiek istniała. A ty… (Przesuwa palcem po obróżce dhampira) Co sprawiło, że jesteś tu, gdzie jesteś?

Noa: Hmm… (Przymyka oczy). Upór. A może szczęście… a może przypadek. Chciałbym powiedzieć, że zbyt długo byłem pod cudzą władzą, by chcieć żyć tak dalej. Ale urodziłem się w niewoli. I dzięki niej moje ciało nie było takim obciążeniem jakim mogłoby być. Nikogo nie zawiodłem nie będąc prawdziwym mężczyzną. Wszyscy tylko na tym korzystali… bardzo korzystali. Przyzwyczaiłem się do bycia ,,czymś”. Chciałem być tylko cenny… ale widzisz, nawet ja mam swoje granice i dumę. Kiedy ktoś bezprawnie chciał mnie mieć na stałe, zwiałem mu. I chociaż już kiedyś wróciłem do mojej niewoli, do miejsca gdzie się urodziłem, tym razem… nie chciało mi się. Nauczyłem się trochę o przetrwaniu, mam mojego kompana… i kto wie, może zasmakuję w tej całej wolności. W przeciwieństwie do ciebie jeszcze mam na nią szansę.

Rozmowy z bohaterami #2

Alice i Vasko

“Kiedyś się zobaczymy”

Mówi się, że istoty dobierają się względem podobieństwa – piękni trzymają z pięknymi, przeciętni z przeciętnymi, szczurki uliczne z ulicznymi szczurkami. Bywa jednak, że geniusz przywiąże się do ostatniego głupca, a ktoś czyjego wyglądu nie da się z niczym pomylić, uweźmie się na szare widmo, na tego, którym nikt się nie interesuje. Tak było i teraz, gdy uwagę Alice – maga nie tylko hermafrodytycznego, ale i przemienionego w niedoróbkę leonida – przykuł bury z pozoru, niemrawy człowieczyna w czarnym ubraniu i o ponurym wejrzeniu. Przed nim stanął Vasko, który wszystkimi pozorami szeptał, że go nie ma, że nie istnieje. Ale czarodziej w głowie słyszał jego krzyk.

A przynajmniej tak mu się wydawało.

Alice: Proszę, proszę… f’końcu cię mam! Aha! Tak jak sąciłem, tak jak sobie fymaszyłem… Podaj mi sfoje imię i podstafofe dane personalne. Chcę być pefien ile o sobie fiesz.

Vasko: Moje… imię? Hmm… Cienie nie mają imion, choć… nie jestem pewien. Strażnicy z Trytonii za każdym razem identyfikują mnie jako Vasko Volkosoby, była też jedna pokusa, która tak mnie nazywała, ale myślę, że mnie zwyczajnie z kimś pomylili. Choć zarzuty, które strażnicy mi przedstawiali akurat się zgadzały, jednak co do tego imienia nie jestem pewien. Wydaje mi się być jednak dziwnie znajome, niczym odległe niewyraźne i zniekształcone wspomnienie. Odkąd pamiętam nazywano mnie Cieniem… (zamyślenie).

Alice: Pytanie od kiedy pamiętasz. Ale mniejsza – grunt, sze szetelna słuszba posządkofa fie coś o tobie, mój mały Cieniku. I pokusa taksze… chociasz nie fykonała sadania. Nie przyprofaciła cię do mnie. Dlaczego? Umknąłeś jej?

Vasko: Nie… Nie celowo (wzrok wbity w ziemię). Nie można przecież uciec, nie mając tego w zamiarze. Poza tym ucieczka nie miałaby sensu, byliśmy daleko od Trytonii, a ja nigdy nie byłem poza jej murami. Nie wiedziałbym, w którą stronę się udać, by dotrzeć do najbliższego miasta. Nie chciałem jej robić problemów, ale pojawił się tamten pies… chyba straciłem przytomność, a gdy się obudziłem nie było ani Czarnej, ani tamtego psa…

Alice: Tak, ktoś kto nie opuszczał nigdy jednego miasta nie pofinien bafić się se sfieszętami. Ale skoro jusz o tym mowa – masz jakieś ulubione? Lubisz na przykład szare smutofane lfy?

Vasko: Wcale się z nim nie bawiłem. On… On mnie śledzi. Od Trytonii. (Łapie się za lewą rękę) Z jego paszczy wystaje moja ręka… (Zaniepokojenie). Nie wiem czy mam jakieś ulubione zwierze. Chyba nie. Wolę się od nich trzymać z daleka. Albo może szczury? Hmm… Zmutowane lwy… Jeśli nie są w zmowie z tamtym Bazgrolakiem i Bargo-Burtą i nie chcą mnie pożreć, może mógłbym je polubić. Ale… nie ma pan chyba żadnego u siebie, prawda?

Alice: (Z politowaniem w oczach) Mam… jednego takiego. Ma moje imię, mój fsrost i ogólnie jest przesłociutki. Jak szara kafusia. Plus trzymam tesz o fiele lepsze szeczy, jak magiczne diapsydy, kóskoroszce i… a sresztą, sobaczysz (szeroki uśmiech). Pofiedz lepiej czy bęciesz mieć coś se sobą – jakieś pamiątki rocinne, kuferek sukienek, niefolnika? Chcę fiedzieć ile miejsca przygotofać f’tfojej ce… pokoiku.

Vasko: Skromności też ci… mu zapewne nie brak. Mam ze sobą jedynie siebie i to co na sobie. Nie kłopocz się tak. Nie ma dla mnie znaczenia, gdzie i w jakich warunkach przyjdzie mi przetrwać kolejną noc. Nieważne czy to poddasze, rynsztok czy zatęchła cela, wszędzie jest tak samo.

Alice: Nie, nie nie…! Kaszdy hodofca magicznych bestyjek fie, sze farunki trzymania eksperymentóf odgryfają kluczofą rolę. Środofisko fymusza sachofania, przystosofania, posfala sobaczyć dane cechy stwoszenia. Być mosze bęciesz nocofał ras tu ras tam… asz snajciemy dla ciebie coś odpofiedniego. Bardzo odpofiedniego (błysk w oczach). Fidzę jednak, sze jesteś dość mało fymagający fedle fłasnych przekonań… ale mosze lubisz jakiś kolor, f’którym chciałbyś mieć firaneczki albo jakiś owoc, który chciałbyś dostafać sa dobre sachofanie? Opofiedz mi o sfoich preferencjach.

Vasko: Gdy czegoś bardzo potrzeba, nieważny jest kolor ani stan w jakim to coś się znajduje, nieważne czy jest podarte czy brudne tak, że nawet mucha na tym nie siądzie. Gdy czegoś potrzeba i to się znajdzie, liczy się tylko to, że się to znalazło i nie trzeba tego potrzebować na dany moment. Co do wynagrodzenia… Nigdy nikt mnie o to nie pytał. I raczej niczego nie potrzebuję, może jedynie kilku składników alchemicznych, nieważne jakich. Niewiele.

Alice: Fidzę, sze nie sasnałeś sbyt fielu luksusóf jak do tej pory. Dobrze! I fiem jusz o tobie tyle ile trzeba. Praktycznie nic. Fyśmienicie. Moszesz fięc snikać i sobaczymy się… następnym rasem. Będę przygotofany.

Vasko: (Skinienie).

Rozmowy z bohaterami #1

Sanaya i Maka

“Wywiad przy podwieczorku”

Na podwieczorku u pani Pomfrey Sanaya nie znała nikogo, poza oczywiście samą gospodynią. Nie odrzuciła jednak zaproszenia: nie odmawia się starym znajomym “bo tak”. Może akurat pozna dzięki temu kogoś ciekawego? Tym bardziej, że pani Pomfrey najwyraźniej była świadoma tego jak znajoma alchemiczka odstaje od towarzystwa i zaraz zabrała się za przedstawienie jej kilku osobom. 

– Drogie panie, poznajcie się. Sanaya Tai, moja znajoma z czasów gdy mieszkałam w Turmalii. San, przedstawiam ci Marikę Ragrafford, to… – Powietrze przeszył dźwięk gongu przy drzwiach wejściowych. – Och, już idę, chwileczkę!

I tyle było panią Pomfrey widać – pobiegła przywitać kolejnych gości, nie kończąc nawet prezentacji, którą rozpoczęła. Sanaya odprowadziła ją chwilę skonsternowanym spojrzeniem, po czym poświęciła uwagę drobnej kotołaczce, która stała przed nią. Uśmiechnęła się, jakby przepraszała za zachowanie wspólnej znajomej. 

Sanaya: Więc… Skąd znacie się z panią Pomfrey? Co panią tu sprowadza? Praca? 

Maka: Och, to znajomość jeszcze przez moją matkę. Jest, widzi pani, skrybą i ma przyjaciół w wielu miastach. Ja zajmuję się stenografią i często wyjeżdżałyśmy razem. Dobrzy znajomi to skarb! Należy się nimi dzielić… Ale tym razem jestem sama. Przyznaję, że szukam pracy, ale chyba… troszeczkę innej niż wcześniej…

Sanaya: Och, “troszeczkę innej”? To znaczy? O ile, oczywiście, można wiedzieć. 

Maka:(Rozpromieniona) Zawsze szukałam pracy w dobrych rodzinach, u ludzi cieszących się estymą, poważanych… To oczywiście słuszne, ale myślę, że robiłam tak dlatego, że nie chciałam mieć wiele wspólnego z niczym, no wie pani… nieprzyjemnym. Ale to wcale nie jest takie dobre. Jakiś czas temu poznałam dwie, bardzo szacowne oczywiście!, ale i niezwykłe osoby, które pokazały mi, że można… zrobić wiele dobrego będąc blisko zła. Mam na myśli (zawahanie). Sprawy kryminalne. Przestępstwa (konspiracyjny szept).

Sanaya: Och? Brzmi, jakby współpracowała pani ze stróżami prawa, strażnikami miejskimi albo kimś w tym rodzaju. 

Maka: Można… można tak powiedzieć. Współpracowaliśmy z Inspektorem! Ale ja asystowałam komuś… kto, cóż, sprawą zajmował się trochę na własną rękę. Wyglądało to nieco detektywistycznie.

Sanaya: Prywatny detektyw! To brzmi bardzo interesująco. Czyli dobrze rozumiem, że teraz szuka pani czegoś podobnego? 

Maka: (Rumieniec pod futerkiem) Nie sądzę, by mogło być tak samo jak tam… ale jestem zdecydowana! Tak, chciałabym pomagać takim ludziom! Tylko nie jestem pewna co konkretnie zrobić… To dla mnie nowy teren i niezbyt mogę prosić o radę moje stare znajome. W tych kręgach to nie uchodzi, wie pani, za pracę dla damy. Ale to nie jest zły pomysł, prawda? Tylko, że ze względów… no warunków pracy wolałabym chyba współpracować oficjalnie ze strażnikami niż pomagać prywatnie. Chociaż gdyby się trafiła odpowiednia okazja… nie, nie odrzuciłabym żadnej szansy! Tak sądzę… 

Sanaya: Byłoby na pewno łatwiej, gdyby tamten inspektor, o którym pani wspominała, wystawił pani referencje. Albo tamten detektyw. Wnioskuję, że dobrze wam się współpracowało. 

Maka: Tak, bardzo dobrze! Tylko… musiałam opuścić Demarę w strasznym pośpiechu. Referencje mam, ale widzi pani, oficjalnie pracowałam jako asystentka… Lorda (wilgotne oczy). Praktycznie pomoc od wszystkiego. Dlatego teraz muszę zaczynać od zera… czuję się znowu jak zagubiona panienka (otarcie łezki z uśmiechem).

Sanaya: Och… w takim razie może powrót w rodzinne strony dobrze by pani zrobił? 

Maka: Właściwie to właśnie stamtąd wyjechałam. Byłam tam przez pewien czas bardzo potrzebna, ale teraz wszystko się uspokoiło i tylko szukam od czasu do czasu nowych ziół dla ojca. Jak poczuł się lepiej, sam stwierdził, że przydałaby mi się podróż… i to nie taka zwykła – stwierdził, że powinnam pojechać gdzieś gdzie jeszcze nie byłam. Kochany tatulek! Właśnie o tym myślałam…

Sanaya: O, to ma pani jakiś upatrzony kierunek? Skoro wcześniej była Demara… Może teraz jakieś południowe kraje? Morze, biały piasek, krzyki mew… Była pani już kiedyś na Jadeitowym Wybrzeżu? 

Maka: Och, z tych okolic to byłam na Lariv! To taka zielona wysepka. Taki… niecodzienny kierunek podróży, ale jest tam wielu zmiennokształtnych i spędziłam tam kiedyś nieco czasu. Jednak to były wakacje. Pracy chyba bym tam nie znalazła. Ale gdybym mogła znaleźć zakwaterowanie, w którymś z nadbrzeżnych miast… złą sławą cieszą się te leżące nad Morzem Cienia, ale chyba czegoś aż tak ekstremalnego nie szukam. Jadeitowe wybrzeże to byłby jednak dobry pomysł! Przestępstwa i tak zdarzają się wszędzie…

Sanaya: Tak, szczególnie w Turmalii… Ale właśnie, skoro cały czas mowa o przestępstwach, nie boi się pani tak sama podróżować? Czy może jest pani, hm, groźniejsza niż wygląda? 

Maka:(Chichocik) Obawiam się, że jestem całkowicie nieszkodliwa. Ale zawsze złapie się jakąś karetkę pocztową, albo dogada z handlarzami lub inną podróżującą grupą. W zasadzie nigdy nie jestem zupełnie sama… na to bym się nie odważyła!

Sanaya: Widać, że jest pani bardzo zaradna…

– Och, najmocniej przepraszam, że tak zniknęłam bez słowa! – usprawiedliwiła się pani Pomfrey, wracając do swoich znajomych. – Ale widzę, że już się panie między sobą dogadały, bardzo miło mi to widzieć. Nie przeszkadzam w takim razie, ale za chwilę zapraszam do stołu, zaraz podamy ciasto!

 

Nasi drodzy czytelnicy!

Właśnie mieliście okazję przeczytać pewien specjalny dodatek, który od dziś chciałybyśmy Wam nieregularnie prezentować – wywiady między postaciami. Chciałybyśmy, abyście mieli w ten sposób okazję do przedstawienia swoich bohaterów innym: ich celów, historii, ciekawostek. Zachęcamy Was do wzięcia udziału w tworzeniu tego cyklu: zgłaszajcie się zarówno do roli redaktorów jak i przepytywanych, a my będziemy kojarzyć Was w pary (jak swatki, hihi!) i służyć redakcyjną pomocą. Poznajmy się lepiej! 

~KiS(s)

Kolorowa strona Alaranii!

Dzisiaj przedstawiamy Wam jarmark wspaniałości, karuzelę kolorów, pomysłów i inspiracji! Leciutkie jak wata cukrowa szkice i obrazy, które trafiają w samo sedno naszego świata, niczym celnie rzucony pocisk, który zapewnia wygraną pluszowego jednorożca! Dajcie się ponieść temu szalonemu wirowi wizji i barw, a wena artystów niech Was poprowadzi bezpieczną ścieżką w tym domu niesamowitych luster. Oto Alarania!

(Aby powiększyć obrazek, kliknijcie w jego miniaturę)

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć – czyli bestiariusz według River

Teraz dla porównania poczęstujcie się opisem uroczego Skoczka, który natychmiast zwrócił naszą uwagę: “Kiedy zajadał się leśnymi owocami i rozmawiał wesoło z nowopoznanymi kopytnymi przyjaciółmi, z krzaków wyszedł dziwny stworek podobny do fenka z tą różnicą że miał dwa puchate ogonki i łapki podobne do tych szopa, przez co mógł w nie chwytać jak człowiek różne przedmioty z równą łatwością. Co chwila podkradał mu jego jedzenie, aż w pewnym momencie ***** nie zaczął mu go podawać z własnej ręki. Łakomy zwierzak nawet nie zwrócił uwagi na to kiedy zmorzył go sen i to na kolanach ludzkiego przyjaciela. Kori – bo tak nazwał stworka, na następny dzień, gdy wszyscy szli w swoją stronę, ani myślał odstąpić skrzypka choćby na krok i bardzo mu się spodobało przesiadywanie na ramieniu młodego wędrowca, który od tamtej chwili nie był już sam.”

~River

Dla dodania smaku mamy jeszcze jeden enigmatyczny i wielce niepokojący opis hybrydy przemykającej między krzewami… “W pewnym momencie dostrzegł w krzakach przy drodze jakiś ruch i nie przerywając rozmyślań Mitry, zebrał niemal wszystkie swoje siły by przejąć kontrolę nad zmorą towarzysza i w porę wyminąć przebiegającą na drugą stronę zdziczałą hybrydę. Dość często się słyszało w mieście, że jakiemuś arystokracie znów uciekł zmutowany pupilek, więc nie było się czemu dziwić, że w pewnym momencie zaczęły łączyć się w stada w tutejszych lasach i zwiększać swoją populację na wolności. Aldaren nie rozumiał tylko jednego – dlaczego mieszkańcy najbliższych okolic wynajmowali myśliwych albo łowców do tępienia tych zwierząt, skoro nie niepokojone były całkowicie nieszkodliwe i po prostu uciekały dalej w las.”

~River

Nasza utalentowana River rysuje jednak nie tylko niewyobrażalne (a czasem i przerażające) stworzenia, ale również przedstawienie swojej własnej postaci, co niejednokrotnie bywa najtrudniejszą sztuką. Proszę Państwa, oto River!

Demony potrafią być urzekające

…czyli parka Tean & Camelia spod ołówka Jane. Widzicie te czarne wstęgi? To nie zwyczajna ozdoba… To zabójcze żywe ostrza, które ostatnio urządziły istną rzeź na balu, na który wybrała się ta dwójka.
Kupujcie bilety, bo oto przed Wami dwie wspaniałe, niebezpieczne istoty w urzekającej czerni i bieli!

Magia luster – czyli świat według Kany

Sądzicie, że skoro zobaczyliście niesamowitego Xofirufa, przerażającego Erxarusa i dwie powabne demonice to widzieliście już wszystko, co warto zobaczyć w naszym wesołym miasteczku? Nic bardziej mylnego! Wejdźcie za tę kolorową kotarę i rozejrzyjcie się dookoła – oto przed Wami nowe twarze i niepokojące kształty przywodzące namyśl… chatkę na kurzej nóżce?

Klucz i mapa do skarbu to przyczyna wszystkich kłopotów, czyż nie? Dla Yvy i Petro na pewno, ale czym byłoby życie bez odrobiny przygody?

Sięgając gwiazd!

Gdy zmęczeni kolorami karuzeli zajdziecie do przesiąkniętego tajemnicą wozu wróżki, pozwoli Wam ona spojrzeć w swoją szklaną kulę. Waszym oczom ukażą się wyobrażenia przestrzeni, po których wędrują nasi bohaterowie oraz jedno stworzenie je zamieszkujące, autorstwa Hashiry. Od razu widać jak mocno Alarania przesączona jest magia! Prasmok śni naprawdę piękne sny… Sami spójrzcie.
Czy to nie Szczyty Fellarionu?

Wędrówki Hashiry
Co widział Bjornolf, gdy patrzył w niebo.
Smok alarański

Kobiety są piękne, ale dla mężczyzn też się znajdzie miejsce…

Jak w każdym przyjezdnym, nieco podejrzanym wesołym miasteczku, tutaj także można spotkać dziwne i urzekające panie. Część z nich ma kocie uszy, a inne rybie ogony. Frigg prezentuje nam kobiecą paczkę, ale jak to bywa w kobiecych paczkach – mężczyźni też się w nich znajdą 😉 Spójrzcie tylko jakie piękne istoty chodzą po Łusce! I jakie cudowne relacje je łączą.

Portrety na zamówienie!

Po Alaranii wędruje pewien malarz, o bystrym oku i zdolnych palcach. Dzisiaj możecie zobaczyć jego dzieła, wystawione w cyrkowym namiocie! Zamówienia u niego złożyło kilku bohaterów, pragnąc zostać uwiecznionym z całym możliwym realizmem i zachowaniem charakteru. Teraz reprezentują ich godnie podobizny, nazywane przez niektórych avatarami. Inaczej mówiąc – oto Nemain i jej samodzielnie tworzone avatary własnych (i nie tylko!) postaci.

Mamy nadzieję, że bawiliście się dobrze!
Jak widać nasi użytkownicy są nie tylko uzdolnieni literacko, ale i plastycznie. Niezwykle ciekawie było zobaczyć wyobrażenia poszczególnych miejsc, postaci, stworzeń, czy przedmiotów i porównać je z własnymi wizjami.
Mamy nadzieję, że ten dodatek zachęcił Was do tworzenia i ośmielił, by Wasze dzieła nie kurzyły się w szufladzie. Każde jest warte uwagi i absolutnie niepowtarzalne! Tak więc ołówki/pióra/pędzle w dłoń i do dzieła! 😀


I jeszcze coś! Dla tych, którzy chcieliby mieć pewność, że dobrze odgadli jakie pary w walentynkowym wydaniu narysowała Esmeralda, zamieszczamy ich listę:

  1. Kavika i Yastre
  2. Sakura i Sargeras
  3. Fenrir i Sanaya
  4. Mitra i Aldaren
  5. Isambre i River
  6. Isara i Cerim
  7. Ananke i Malachi
  8. Tiero i zgraja kobiet
  9. Delia i Dżari
  10. Tean i Camelia
  11. Kimiko i Dagon
  12. Anastasja i Fonos
  13. Skowronek i Samiel
  14. Rael i Tristan
  15. Antar i Kana
  16. Vaela i podłoga
  17. Drim i Mari
  18. Katniss i Grelia

Na koniec, z okazji Dnia kobiet życzymy wszystkim pięknym, groźnym, słodkim i niesamowitym paniom spełnienia marzeń!

Hashira i Kerhje

Tablica Walentynkowa

Moi drodzy,

jak co roku, moja skrzynka przyjmuje Wasze wyznania w okresie walentynkowym <3 Jeżeli jeszcze było Wam za mało uroczysz liścików czy szczerych wyznań, to poniżej publikuję już ostatnią garstkę! Czytajcie i cieszcie się moi drodzy <3 I do zobaczenia za rok!

W tym roku łącznie przywędrowały do mnie 23 liściki <3

Ps. Kolejność publikowanych treści nie miała znaczenia.

Anette – bohater

Kochana długoucha! Mam nadzieję, że wiedzie ci się jak najlepiej po opuszczeniu Cad’hein. Choć znałyśmy się bardzo krótko, muszę przyznać, że za tobą tęsknię! Mam nadzieję, że odnajdziesz spokój i uda ci się uciec przed demonami z przeszłości.
~Twoja Deidre

Hashira i Kerhje
Łapki wasze pióra dzierżą
I spisują to wszystko co

Wzrok wasz przenikliwie ogląda
Uszy łapczywie słowa łapią
Dłonie wibracje świata wyczuwają
Języki smaki które wiatr niesie wyczuwają
Nozdrza zapachy świata rozpoznają
Nawet magia uwadze waszej nie umknie

Miłość do ciała to nie jest
Lecz czymże jak nie miłością
Mój podziw dla talentu waszego jest
~ Meridion

Hessan – prywatna

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku, i że wrócisz, jak tylko będziesz mógł, gdyż dobrze mi się z Tobą pisze. Trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie wszystkich spraw. Wszystkiego dobrego!

Iaskel

Leila – bohater

Teraz gdy do mnie wróciłaś, wróciło też życie.

Oderwałem się od snu i splotłem z rzeczywistością,

która nieważna jaka by nie była,

ważne, że istnieje z Tobą.

~Namir

Malachi
Choć tego nie wiesz,
Kocham Cię! Ty mnie nie.
Kochasz inną… i nawet nie jestem zła,
chciałabym po prostu, choć raz
móc zasnąć w twych ramionach.
~ Tajemnicza Zakochana

Niara
Jesteś królową mojego ludu,
Jesteś królową mojego serca.
~ Elador

Nieznajomy
Wzdycham do ciebie z każdym łykiem krwii
Chciałbym znaleźć ukojenie w twych silnych ramionach
Abyśmy razem mogli dzielić karmazynowy dar
I wyczekiwać wiecznej nocy
~ Hrabia William Muray

Rael – bohater

Na górze róże
Na dole spad
Głaskaj mnie dalej
A będę rad

Podpisano: Seksi Bestia

Rumianek
Dziękuję że mogę dzielić z Tobą swój ból i szczęście 

~ Argo

Silea – prywatna

Droga nowa/dawna koleżanko Iaskela, bardzo miło powitać cię w wątku. Mam nadzieję, że Ci się tu spodoba, i że mamy przed sobą dużo wspólnego pisania.

Iaskel

Triss – bohater

Jedna rzecz może wyrazić więcej niż pierdylion słów. 
Słowa przemijają, symbol trwa eony. 
Tak, jak Śmierć.
Dzięki, że jesteś.”
Podpisano: Med

Wiatr
Wietrze mój kochanku
pieścisz me skrzydła zawsze
jestem twym sługą.
~ Quetzalcoatl

Vinny – bohater
Pamiętaj, że zawsze są wokół ciebie ludzie, dla których jesteś ważny. Albo wampiry!
Twoja muffinka.

Yrin i Toffee – bohaterowie

Drogie Liski!

Tylko Wy tak skutecznie przyprawiacie mnie o szybsze bicie serca. Mordercze spojrzenia i ognisty oddech, które mu towarzyszą, to tylko specyficzne wyrazy mojej sympatii. <3

Podpisano: Iyeru

Najdroższe
O, Wy Najdroższe! 
Serceście mi skradły! Uwiodły swym pięknem i tym błyskiem niebiańskim! 
Do Was wzdycham ukradkiem, tęsknotą przepełnion! Gdy nie ma Was przy mnie żałość duszę mą ogarnia!
Wam to ślubuję miłość dozgonną i uwielbienie! Was przysięgam bronić, ile sił, przed okiem zazdrosnym i żądzą okrutnego świata!
Mojeście Wy i ja Wasz na zawsze!

Skarbeńki moje, najukochańsze – Kryształy! *__*

Wasz oddany,
Iyeru :3

Plus mały dodatek od Esmeraldy! Ludzikowa grafika par <3 Czy jesteście w stanie wszystkie odgadnąć?

Kartka z dziennika lorda Fobosa de Loer (II)

Któż by pomyślał, że czas – nawet dla umarłego – może się dłużyć? Wydawałoby się, że gdy stajesz się nieśmiertelny (a przynajmniej zbyt wielu sposobów na uśmiercenie wampira nie znam), ta prozaiczna kwestia przestaje mieć znaczenie. Wydarzenia sprzed dwóch tygodni udowodniły mi jednak, że czas, tak samo jak strach jest kwestią indywidualną. Mimo że moje serce nie uderzyło ani razu w ciągu długiej chwili, która posłała mnie i pannę Ragrafford z okna dworu Hanny de Belloy na ziemię, moment ten wydawał mi się, nie przymierzając, wiecznością. Zdążyłem rozważyć wszystkie scenariusze w których upadamy razem na ulicę i żaden nie był korzystny dla mojej małej towarzyszki. Wtedy, obnażając się bardziej niż nakazywałby to zdrowy rozsądek, podjąłem jedyną słuszną decyzję. Puściłem Makę i zamieniłem się w dym, by zdążyć ją pochwycić i tym samym wyhamować pęd kociego ciała.

Być może ktoś postronny mógłby orzec, że stałem się sentymentalny, głupi, ryzykując ujawnienie dla obcej mi osoby. Powiadają, że to przypadłość starych ludzi, a ja, jak na ludzkie standardy, jestem już wiekowym starcem.
Teraz wiem jednak, że to była dobra decyzja. Zmiennokształtna jest oddanym pracownikiem. Ja natomiast – przynajmniej we własnym domu – nie muszę już udawać nikogo innego.

Skoro o domach mowa, Dwór przepada za moją pomocnicą. Zwłaszcza teraz, gdy wzięła się za te przeklęte, obiecane róże. I muszę przyznać, że prezentują się wyjątkowo dobrze, szczególnie gdy promienie zachodzącego słońca przesycają płatki krwistą czerwienią. Być może każdy czarny ogród potrzebuje czasami kropelki krwi.

Zbyt daleko odbiegłem jednak od sedna moich rozmyślań.

Czas. Dla ludzi płynie w zawrotnym tempie, ja nie odczuwam różnicy między dniami i tygodniami. Czasami wędruję po posiadłości i obserwuję cienie przesuwające się wraz z mijającymi godzinami. Czy zmieniło to moją egzystencję? Z całą pewnością. Nie pędzę w pogoni za mirażami, czując nad sobą kruchość mojego istnienia. Dla naukowca było to błogosławieństwo. Nie ważne ile zajmą mi moje badania. Posiadam cały czas tego świata.

Zastanawiam się jak czas płynie dla zmiennokształtnych. Czy przyjdzie mi patrzeć jak kotołaczka starzeje się i odchodzi? A może ucieknie wcześniej sama, gdy zrozumie, że ludzkie życie nie znaczy dla mnie tyle co dla niej? Że smak krwi cenię bardziej niż ukochane przez nią słodycze, a samo gaszenie istnień jest przy tym czynnością poboczną? Tak czy inaczej nie powinienem się do niej przywiązywać. O ile nie jest na to za późno.

Wywiad z Barbarossą

Avatar użytkownika

Wnętrze kajuty wypełnione jest rozmigotanym blaskiem kandelabru. Jej wyposażenie – bogate i eleganckie, dobrze oddaje charakter osoby, z którą zamierzam się spotkać. Słodki, lekko niepokojący zapach wypełnia powietrze. Zapach łączący woń krwi, soli, miodu i stali. Czuję, że już tu jest, choć jeszcze go nie widzę. Wszystko kołysze się lekko w rytm fal, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Jak bezpieczna może być jednak rozmowa z bezlitosnym kapitanem, który jest jednocześnie wampirem? Przełykam głośno ślinę i zbierając odwagę, odwracam się powoli. Wyłania się z cienia – wysoki i smukły. I wyjątkowo ogorzały jak na wampira.


Kronikarka: Witaj, kapitanie Barbarossa. Rozmowa z tobą to prawdziwy zaszczyt – nawet mi rzadko kiedy zdarza się odwiedzić prawdziwego króla korsarzy. Wokół twojej postaci narosło mnóstwo plotek, jedne bardziej szalone od drugich. Pewna z nich wyjątkowo przykuła moją uwagę. Historie opowiadane na morzu głoszą, że gdy się zdenerwujesz lub stracisz nad sobą panowanie, zamieniasz się w czarnego kota. Czy to prawda? Jak bardzo uciążliwe są te przemiany?

Barbarossa: Witaj, choć może raczej powinienem zapytać “Jak dostałaś się na mój okręt?”, ale niech już będzie – rozgość się (wskazuje na beczki po rumie – uniwersalne fotele pirackiego społeczeństwa). Ja również cieszę się ze spotkania i tego, że świat ma szansę o mnie usłyszeć. W końcu mało kto wie, że jestem królem… Piratów! Nie korsarzy. Piratów. Korsarstwo to dawne dzieje, walka i grabież pod obcą jurysdykcją i z obrożą na szyi. Teraz rabuję i zabijam dla samego siebie. Tym właśnie piraci różnią się od korsarzy. Brakiem strzelającego nad uchem bicza. Ale wróćmy do tematu plotek. Ta, którą przytaczasz, jest jak najbardziej prawdziwa. Pod wpływem silnych emocji potrafię zmieniać się w czarnego kota o dużych, żółto-zielonych ślepiach i miękkim futrze. To defekt mojej wampirzej przemiany; inni potrafią przybrać postać wilka lub nietoperza, a ja jedynie dachowca, który miauczy po nocach do księżyca w pełni. Dzieje się tak, gdy poddam się, jak już wspomniałem, silnym emocjom. Zazwyczaj jest to gniew, strach i miłość, których sporo doświadczyłem przez ostatnie lata. Sprawiają one, że moje ciało się kurczy i obrasta futrem, co, odpowiadając na kolejne pytanie, nie jest tak uciążliwe, jak proces odwrotny, kiedy wszystko wraca do normalności. Najgorszy w tym wszystkim jest ból w kościach i suchość w gardle, którą zaspokoić mogę jedynie krwią. Sama przemiana, podkreślam, to nic specjalnego.

K: Brzmi przerażająco i boleśnie. Ale gdy już jesteś kotem, to pomijając wszystko inne, jest to chyba całkiem dobry sposób na rozczulenie kobiety?

B: Oczywiście, jeśli takowa uwielbia koty. Jako kupka czarnej sierści niczym nie różnię się od przeciętnego myszojada. Lubię spać na miękkim, ubóstwiam drapanie za uszami, czesanie i głaskanie po karku. Często drapię pościel, zasłony, miauczę i mruczę w zależności od nastroju. Nie oszukujmy się, kobiety uwielbiają koty, wiąże się to zapewne z jakimś podobieństwem między tymi gatunkami, więc wpaść w łaski takowej nie jest wcale trudne.

K: Czy jesteś świadomy siebie w takim stanie? Taka przemiana mimo wszystko wydaje się lepsza niż wejście w skórę rozwścieczonego, zielonego olbrzyma, który mógłby kilkoma ruchami zniszczyć statek. Czego potrzeba byś wrócił do własnego ciała?

B: Czasu. To wszystko. Żadna magia nie sprawi, że emocje opuszczą moją głowę. Kiedy jestem kotem, myślę jak kot, ale tam w tyle siedzi prawdziwy Ja, który zmaga się ze wspomnieniami i myślami. Czasami zajmuje to godzinę, czasami trzy, a kilka lat temu kotem byłem cały miesiąc, co dopiero jest uciążliwe, kiedy wszyscy oczekują twoich rozkazów i wymagają, byś do nich wrócił. Zauważ, że jako kapitan tej analfabetycznej zgrai, zawsze powinienem być na posterunku.

Jako kot jestem świadomy jedynie niewielkiej części tego, co się ze mną dzieje. Są to głównie pojedyncze słowa, wirujące w moim najbliższym otoczeniu. Gdybym był kotem i ktoś cały czas by do mnie przemawiał, rozumiałbym co piąte słowo. Tak wolno pracuje wtedy moja podświadomość, jednak dobre i to.

K: Wracając do pirackiego życia, czy trudno jest połączyć życie wampira i kapitana statku? Kto przejmuje obowiązki gdy ty – powiedzmy, ulegniesz poparzeniom słonecznym lub właśnie zamienisz się w kota?

B: Nie jest to nic trudnego. Choć jestem wampirem, to jednak klasy wyższej, co oznacza, że dość dobrze radzę sobie z głodem i promieniami słońca. Jednak kiedy staję się niedyspozycyjny, dowodzenie przejmuje Adewall, kwatermistrz i moja prawa ręka, na którym jeszcze nigdy się nie zawiodłem. Wiedząc, że to on stoi za sterem mogę odpoczywać w spokoju i bez obaw o życie własne i załogi. Zwykle jednak, zanim zniknę w kajucie, zdołam wydać kilka rozkazów, które mają zostać spełnione. Daje mi to gwarancję, że pod moją nieobecność nikt nie odstawi samowolki, jak to mawiają.

K: Nie wiem czy wiesz, ale po alarańskich wodach pływa jeszcze jeden wampirat. Jest to Antar, pochodzący z północy kapitan Aquilona. Zdarzyło ci się z nim kiedyś spotkać?

B: Nie miałem tej przyjemności, ale ocean jest mały i wierzę, że kiedyś to nastąpi. W końcu jak duża jest szansa na to, by w świecie pełnym tylu okrętów do zatopienia, dwóch wampiratów będzie się bez przerwy unikać? Sądzę, iż niewielka. Chętnie więc poznam tego drugiego i wypiję jego zdrowie. A kto wie, może nawet wspólnie dokonamy jakiegoś abordażu.

K: A propos picia – jak zaspokajasz swoje zapotrzebowanie na krew na morzu, gdzie – spójrzmy prawdzie w oczy, występują dosyć ograniczone jej zasoby?

B: Może zabrzmi to dość makabrycznie, ale magazynuję ją w pustych butelkach po rumie i innych alkoholach. Mam w kajucie ładny zestaw komód, każda wypełniona buteleczkami z posoką, zbieraną podczas rejsu. Bo widzisz jako pirat często dokonuję abordażu, a złota zasada mówi, że gdy pokona się kapitana, jego załoga, jeśli natychmiast rzuci broń, może liczyć na wybawienie. To właśnie z grona ocalałych wybieram następnie jednego lub dwóch, zdrowych marynarzy i proszę swojego bosmana o upuszczenie z nich nieco krwi, która następnie ląduje w barku.

K: Ciebie oraz twoich wiernych kompanów łączy niezwykła więź – z częścią z nich razem zostaliście piratami, a niektórzy dołączyli do ciebie już po rozwiązaniu Hanzy Kupieckiej. Czy trudno jest dowodzić tak zróżnicowaną mieszanką ras, zwyczajów i charakterów? Zdarzają się wam zatargi na pokładzie Nautilusa?

B: Jest to dość trudne ponieważ nie sposób dogodzić wszystkim w takim samym stopniu. Zawsze jedna ze stron zostanie pokrzywdzona, ale grunt to być sprawiedliwym wobec wszystkich. Zatargi to nieodłączna część naszej dziennej rutyny, zwłaszcza podczas podziału łupów, gdy ci którzy czynnie walczyli otrzymują tyle samo, co zespół broniący w tym czasie okrętu. Ale na wszystko znajdzie się sposób. Stąd też każdy z moich ludzi jest równy, może wygłosić swoje niezadowolenie i podważyć rozkaz w każdej chwili; nie dzieje się tak tylko dlatego, iż moje rozkazy jeszcze nigdy nie uraziły moich ludzi.

K: Wracając do tematu pirackich podbojów – jak powiedział kiedyś pewien bard: “Każdy piracki władca potrzebuje dużego skarbca”. Twoim jest osławiona Wyspa Czaszek z wybudowanym na niej zamkiem. Kto sprawuje nad nią pieczę, gdy ty wyruszasz na kolejne wyprawy?

B: Raven, adoptowana córka mojego mentora i była narzeczona, z którą pozostaję w przyjaznych relacjach ponieważ prawda jest taka, że wyspa, o której mówimy, należy do niej. To, że Raven zgodziła się objąć funkcję majordomusa w posiadłości, nie odebrało jej praw do ziemi. Wyspę odkrył kapitan Xerath, nie należy ona do żadnego z królestw, toteż miał prawo sam ogłosić się jej właścicielem. Po swojej śmierci trafiła ona w ręce córki licha, która to z kolei pozwoliła mi składować tutaj skarby. Niestety wraz ze wzrostem łupów i kompanów musiałem znaleźć port dla wspólnych narad. Problem polegał jednak na tym, że łowcy piratów wciąż deptali nam po piętach, więc zamiast szukać przyjaznego portu, sami go zbudowaliśmy.

K: Czy mógłbyś przybliżyć mi plan związany ze zbliżającym się rejsem? Czy planując tak szerokie działania, rozważasz również opcję porażki? Aż ciężko sobie wyobrazić taką możliwość, ale ty wydajesz się przygotowany na wszystko.

B: Mój najbliższy rejs zakłada bezpieczne dotarcie do Maurii, a następnie powrót do domu. Wszystko pomiędzy pozostaje tajemnicą, nawet przed mną samym. Nie wiem co nas dokładnie spotka, może natkniemy się na łowców, może na siły sojuszu lub sztorm. Wolę teraz o tym nie myśleć. Czy rozważam porażkę? Nie, a to dlatego, że znam możliwości własnej załogi. Jesteśmy przygotowani, by podjąć rzucane nam wyzwania i bardziej już nie będziemy. Wszystko rozstrzygnie się na oceanie.

K: Mam również pytanie… wyjątkowo intymne. Proszę mi wybaczyć, ale o twoim romansie wśród piratów jest głośno, a oczywiste jest jak trudny jest to związek… Z córką tak potężnego nieprzyjaciela. Zastanawia mnie więc jedna rzecz: Czy wolałbyś, żeby Kiraie nigdy nie pojawiła się w twoim życiu?

B: Jeśli mam być szczery, to tak. Wolałbym nigdy jej nie spotkać, nie musiałbym teraz jej tak chronić. Nie zrozum mnie źle, wcale nie żałuję tego, że ją poznałem bo odkryłem w sobie coś więcej niż miłość do słonej wody i podrzynania gardeł, ale nawet na nią nie zasługuję. Kiraie to dziewczyna z dobrego domu, gdzie tam do niej buntownikowi pijącemu krew pokonanych. Mogłaby mieć każdego, a wybrała łotra spod ciemnej gwiazdy. Skoro już jednak postanowiła ze mną zostać, mam zamiar sprawić, by niczego jej nie brakowało.

K: Czy nie boisz się zostawiać ją samą na czas twojej nieobecności na wyspie?

B: Nie ponieważ Kiraie płynie ze mną. To jej samodzielnie podjęta decyzja i nie zamierzam jej tego zabraniać. Jest dorosła, wie w co się pakuję, a mi będzie przynajmniej raźniej. Wiesz, jak samotny może być wampir w trumnie?

K: Wierzę, że bardzo (śmieje się). Na koniec, wybacz mi śmiałość, chciałam zapytać o coś, co cały czas mnie intryguje. Zauważyłam, że zamiast jednej z dłoni masz magiczną protezę. Jak to się stało, że utraciłeś rękę? O ile oczywiście zamierzasz komukolwiek o tym opowiadać.

B: A zapewniali, że nikt nie zauważy… no, ale skoro pytasz to odpowiem, że nie jest to wielka tajemnica. Dłoń straciłem podczas starcia z jednym z moich byłych oficerów. Jak wspomniałem wcześniej, na Nautiliusie dochodzi czasem do zatargów, ale podniesienie na kogoś ręki to zjawisko rzadkie, lecz nie niewystępujące. To stało się latem, kiedy wracaliśmy z udanych łowów i zostaliśmy zatrzymani przez innych piratów. Wtedy jeszcze nie byłem taki sławny, ani nie siałem grozy i krótko mówiąc dostałem ultimatum: oddam połowę złota albo pożegnam się z życiem. Piraci rzadko wyżynają się nawzajem, o wiele częściej okradamy się i wykorzystujemy, ale z powodu naszej malejącej społeczności staramy się pływać w zgodzie. Wybrałem to pierwsze, mając już w głowie plan doskonałej zemsty. Niestety ledwo się rozstaliśmy, zarzucono mi tchórzostwo, czego nie mogłem puścić płazem. Mój oficer wyszedł wtedy z założenia, że byłby lepszym niż ja kapitanem i dlatego wypowiedział mi posłuszeństwo. Skrzyżowaliśmy szable, podczas starcia straciłem dłoń, a on życie. To w pewien sposób utrwaliło moją pozycję i nauczyło mnie dobierać sobie bardziej zaufanych kompanów.


Dziękujemy za ten smakowity wywiad i zapraszamy do wypatrywania pierwszej gwiazdki, a razem z nią świątecznych nowinek, które pojawią się już za tydzień! Do zobaczenia! : )

Hashira i Kerhje

Poznań nigdy nie odpocznie! Relacja ze zlotu.

W weekend 17-18 listopada 2018 r. odbył się zjazd forumowy, który każdy przybyły z pewnością może określić jako… najzimniejszy. Nie sprawdzałam temperatury ani razu, wokół padały hasła na temat stopni, ale mnie nie trzeba było słów. Wystarczyło spojrzeć na opatulonych w szaliki i grube kurtki uczestników, na zaróżowione policzki, drżące dłonie, choć niektóre postępowania okazywały się aktem prawdziwego poświęcenia i heroizmu! Jak na przykład – nie założenie czapki, bo kocie uszka na opasce lub złota korona nie mogły zostać przykryte skrawkiem materiału, da! Trzeba było grać kota, choć w tym wszystkim okazało się, że akurat Cętka postąpiła najrozsądniej, bowiem wcieliła się ona w cętkowe futerko w postaci piżamy-kombinezonu z mordką niezbyt wygórowanych w inteligencje ślepi pantery. Tak! Z pewnością Cętka miała doskonały kamuflaż! Nikt przecież nie zwróci uwagi na panterę w mieście..!

Ekhm, a może jednak zacznijmy od początku?

Oficjalne „otwarcie” spotkania rozpoczęło się w galerii połączonej z dworcem głównym w Poznaniu. Gdzieś między McDonalden a KFC większość uczestników zdołała już przybyć. Wyściskaliśmy się, wygłaskaliśmy pieseła Talara, a Cętka (jak prawdziwa kobieta i dama!) kulturalnie spóźniła się na wspólne powitanie na rzecz przyodziania kociego futra. Właściwie do teraz zastanawiam się, co tak naprawdę ją wstrzymało – szukanie drobnych do płatnej toalety w galerii (skandal!), czy faktycznie złożony problem zmiany wizerunku z człowieka na kota…

Talar mógł poczuć się odrobinę zagubiony pośród dwóch ludzkich kotów, ale chyba szybko pogodził się z tą myślą, bo czemu zrezygnować z dwóch par rąk do miziania z powodu różnicy uszu?

Lecz nasza przygoda zaczęła się bezpośrednio właśnie na Dworcu Głównym w Poznaniu. Tego nikt się nie spodziewał. Tego nie przewidziałaby żadna wróżka (nawet tesusilowa!). Nagle świat Alaranii na chwilę przeniósł się do rzeczywistości, gdy rozpoczęło się… polowanie na jednorożca. Ów tajemnicze i niespotykane stworzenie utknęło przyklejone do sufitu z małą ilością helu w sobie! Trwał w jednej pozycji, obrócony rogiem do podłogi i delikatnie kołysał się pod wpływem niewielkiego przepływu wiatru na stacji. Zdeterminowana drużyna szybko obmyśliła plan. Nie do końca doskonały… ale się udał! Kula szalikowa, kilka rzutów, starbucks za plecami, uciekający mężczyzna z wózkiem oraz atuty lasso sprawdziły się w wykonaniu tego jakże heroicznego czynu! Zdominowała tu kobieca chęć zdobycia balonu w kształcie jednorożca – taka okazja mogła się już przecież nigdy nie trafić! Upolowany unicorn został przymocowany sznurkiem do płaszcza organizatorki, by następnie zejść po unieruchomionych ruchomych schodach w oczekiwaniu na Sanayę. Z pewnością widok jednorożca, kotów i Talara nie mógł nie ująć jej serducha!

Będąc już niemalże całkowicie całkowitą drużyną, mogliśmy ruszyć dalej! Jeżeli jednak myślicie, że i to było łatwym zadaniem to… nie, wykreślcie z programu „easy lvl” w przypadku zjazdu forumowego. Otóż czy jest rzecz łatwiejsza od dojazdu tramwajem do mieszkania Callisto, by zostawić rzeczy? Okazuje się, że łatwiej byłoby nam przenieść góry niż wejść całą drużyną do zatłoczonego tramwaju. Jednorożce mają pierwszeństwo. Tesusil tym razem sprytnie podążył za tęczową grzywą, najwidoczniej wyczuł neutralizujące fale unicorna względem swego „farta”, lecz chyba nie wszyscy byli świadomi tego, że podążając za mną niekoniecznie dokonują wyboru odpowiedniego. Mój plan był prosty. Krzyknąć, że wsiadam do dalszych drzwi i po prostu wejść. Z radością wskoczyłam na sam brzeg tramwaju, a za mną podążył sznurek kolejnych ryzykantów, którzy to kolejno wciskali się do ciasnej puszki zwanej tramwajem. Sama ustawiłam się w drzwiach, by wspierać towarzyszy swojej misji, lecz Reinar został wypchnięty przez tłum na przystanek. Nie traciłam jednak nadziei. Przynajmniej do momentu, w którym nie rozległo się charakterystyczne pikanie zamykających się drzwi. Panika ogarnęła mój blond łepek! Dzielnie walczyłam z drzwiami, klikałam przycisk ile się dało, palcami myślałam, że dokonam cudu starając się rozsunąć boczne, poruszające się ściany. Moja rozpacz rosła w oczach, lecz drzwi okazały się mechaniczne nieposłuszne – zamknęły się. Reinar został na zewnątrz. Tramwaj odjechał. Selekcja naturalna okazała się silniejsza. Z najkrótszym stażem Reinar został wyrolowany przez komunikacje miejską w Poznaniu! Panie Reinarze! Pomożemy Ci nabyć wyższy lvl w pisaniu na Granicy, aby już żaden tramwaj Cię więcej nie wyselekcjonował!

Na całe szczęście River wraz z narzeczonym oraz Talarem mogli podwieźć samochodem naszego młodzika do domu Calli, aby i on mógł zostawić swoje rzeczy. I jak zawsze w trafnym momencie, gdy wszyscy w oczekiwaniu na jego przybycie postanowili w końcu zdjąć buty i rękawiczki, rozległ się dzwonek do drzwi. Kurtki więc szybko wróciły na nasze ramiona, bo czekał nas najbardziej kultowy spacer, który chyba nigdy nie zostanie zapomniany (Callisto szczególnie hue hue;>).

Osobiście odczuwałam wielką przyjemność z większej części tej przechadzki. Po drodze odnalazłam drogowskaz prowadzący do Pyrlandii, lecz my kierowaliśmy swój krok w stronę Jeziora Maltańskiego. Sama wiążę z tym miejscem miłe wspomnienia, choć dopiero w sobotę miałam okazję obejść jego tak ogromny kawał. Mój mózg wyłącza się całkowicie w obecności wody, jako że jest to naturalne środowisko żab – nikogo to nie powinno dziwić. Momentami miałam ochotę stanąć i wpatrywać się w giętkie linie jeziora, podziwiać malutkie światełka optycznie odlegle ułożonego miasta i cieszyć się tą chwilą. Mój umysł bezczelnie wyprał się ze wszelkich przemyśleń, gdy to po raz kolejny zwróciłam głowę w kierunku Malty. To sprawiło, że w tym jednym momencie przestałam być pracownikiem, mój telefon nie sięgał rzeczywistości, a ja po prostu żyłam tym co było tu i teraz. Świadomością ilu cudownych ludzi mnie otacza, że wszystkich łączy ta sama pasja. Wydawałam się (sama dla siebie) nieco oderwana od towarzystwa (przynajmniej umysłem!). Czułam się tak, jakby nagle wyszedł ze mnie duch i stanął z boku doceniając tę chwilę. Ten zbiór jednostek, który śmieję się i przeklina pogodę. Wdychałam powietrze i dzieliłam się nim, jak i przestrzenią, z ludźmi, których coś łączy. Uczucie to jest odrobinę dziwne, bo zazwyczaj separują nas kilometry, nie słyszymy swojego głosu, czytamy komunikatory, a raz na jakiś czas możemy siebie zobaczyć. Wiem, że tego dnia nie było nas wszystkich, ale pozwoliłam sobie cieszyć się tymi, którzy są.

A potem, z mojego letargu budziły mnie powtarzające się słowa:

– Daleko jeszcze?
– Calli prowadzi nas do Zasiedmiogórogrodu.
– Może obchodzimy jezioro dookoła?
– Calli, daleko jeszcze?

Ta sielankowa (dla mnie) chwila miała swój koniec, gdy dotarliśmy do hałaśliwych ulic. Wówczas mróz znokautował moje policzki, nos, dłonie, uda… i właściwie cały mnie sparaliżował. Będąc nieopodal linii tramwajowych dotarł do mnie stan obejmujących wszystkich wokół, choć jak się później okazało – większość twierdziła, że najzimniej było nad jeziorem. Tak, jestem dziwakiem wśród dziwaków <3

Ale udało nam się! Dotarliśmy na rynek! I wiecie co? Odbyliśmy godzinny spacer tylko po to by spędzić w centrum Poznania może z dwadzieścia minut swojego życia? Obejmowało to zjedzenie makaronu na wynos, zamówienie kebsa, dwa shoty w Czupito, a potem zaliczenie żabki (sklepu!), by następnie wrócić do ciepłych kątów mieszkania Calli. A tam czas płynął nam jeszcze przyjemniej (głównie dlatego, że było ciepło haha!).

Dołączyli do nas założyciele forum, Meridion oraz Niara, a potem z wrodzoną intuicją (i pewne z Google maps) dotarły Kerhje oraz Hashira. Teraz mogliśmy dać upust naszej znajomości! Rozmowy i śmiech nie miały końca. Jednorożec zdobył rzeszę fanów oraz był chyba najczęściej fotografowanym elementem tego wieczoru. Cętka dokonała kultowego pchnięcia nożem w plugastwo, a Calli odkupiła swoje grzechy pizzą, lecz tak naprawdę, nad naszymi umysłami zawładnęła Fibby! Piesełka Callisto, która w życiu nie dostąpiła tylu pieszczot! Była głaskana, niechcący dokarmiana, no i pasowały jej kocie uszy. Z lekkim sercem mogę śmiało stwierdzić, że był to udany wieczór.

Oraz niedzielny poranek! Niestety ten dzień okazał się też tym smutnym, w którym przychodzi nam zawsze szybko żegnać uczestników zjazdu, lecz ci, co mieli okazję zostać jeszcze kilka godzin dłużej w Poznaniu doznali zaszczytu spotkania Kany! Uroczyście została przez nas powitania, ponieważ część uzbroiła się w najlepszy element garderoby – koszule. <3 Czas mijał, kolejne godziny zmuszały do opuszczenia Wielkopolski, ale myślę, że nikt nie żałował decyzji pojawienia się na naszym ala halloweenowym zjeździe.

Koniec brzmi ładnie, prawda? Ale dla skomplikowania sytuacji dodam, że Kana nie zdążyła na powrotny pociąg w niedzielę, a ja zostawiłam kilka rzeczy u Calli… w tym zielone, żabie spodnie. No i jeszcze na koniec końców chciałam pogratulować Tesowi za to, że pierwszy raz udało mu się złożyć śpiwór <3

Do zobaczenia następnym razem!

~Frigg


To teraz mała prywata ode mnie!

Kochani, nie macie pojęcia, jak cieszę się, że byliście. Było mi przesympatycznie Was gościć i żałuję tylko, że nie mogłam wszystkim poświęcić tyle uwagi, ile bym chciała – mam nadzieję, że Fibby nadrabiała za mnie! Jeśli o spacerek chodzi, to szczerze i zupełnie nie żałuję, następnym razem po prostu pójdziemy w lepszą pogodę, bo czeka na nas jeszcze poznańskie zoo latem! >3

Na koniec lista pozostawionych fantów:

– czarne słuchawki nausznikowe – sztuk 1, właściciel – Reinar,
– czarna czapka zimowa – sztuk 1, właściciel – Szopeł,
– zielone żabie spodnie – sztuk 1, czarna opaska – sztuk 1, właściciel – Żaba
– Kana, sztuk 1 <3 (bezpiecznie powróciła dnia następnego).

Zguby zostaną odesłane/odwiezione, zgodnie z życzeniem zapominalskiego ^.^

Ściskam Was wszystkich i każdego osobna,

~Callisto