Krakowie, to znowu my!

Dzisiaj zamiast normalnego Donosiciela czeka na Was wydanie specjalne, bo oto w zeszły weekend odbył się pierwszy pełnowymiarowy zlot w tym roku – przed Wami relacja z tego wydarzenia!


Jak to w przypadku poprzedniego zlotu w Krakowie było, tak i tym razem zaczął się on już w piątek. Niara i Meridion wyruszyli już wczesnym rankiem, by po drodze odwiedzić dawnych znajomych z Granicy, którzy w zlocie nie brali udziału (choć kto wie, może w przyszłości…), zaś Kronikarka spisująca tę relację w drogę wyruszyła prosto z pracy. Zresztą nie tylko ona, bo i Jane pełniąca rolę przewodnika po mieście na wieczorne spotkanie dotarła po pracowitym dniu.

Pierwszego dnia spotkaliśmy się w kameralnym, bo tylko czteroosobowym gronie, na wspólnej kolacji i rozmowach przy piwie. Był czas na pogaduszki i nadrobienie tych wszystkich historii, których nie było okazji opowiedzieć na komunikatorach. Wieczór nie był jednak specjalnie długi – Jane na drugi dzień szła rano do pracy, a reszta była po dłuższej lub krótszej podróży, więc po kilku godzinach każdy udał się w swoją stronę, by spotkać się ponownie następnego dnia.

W sobotę zaś miał miejsce właściwy zlot! Pierwsi zlotowicze zaczęli zbierać się pod pomnikiem Mickiewicza już około 15.00, a wśród nich było wiele osób, dla których był to zlotowy debiut – super, że było Was tak wielu, mamy nadzieję, że to nie był pierwszy i ostatni raz!

Kto zjawił się pod pomnikiem, zapytacie? Ano ta co spisuje te słowa (Sanaya znaczy), Jane, Wonsz z Wojenką, Ritsel, Sargybinis zwany Drugim Smokiem, Ásingerð. Udało nam się zaskakująco łatwo odnaleźć wśród zebrane na Rynku tłumu, a gdy już upewniliśmy się, że to wszyscy na ten moment, ruszyliśmy coś zjeść… A gdzie indziej wdepnąć na szybką szamkę jak nie do znanej sieciowej restauracji z dwoma złotymi łukami w logo? Tam więc się zatrzymaliśmy na chwilę nim dotarła do nas Nevaeh, wbrew przeciwnościom losu w postaci komunikacji miejskiej, która wybitnie tego dnia była dla niej złośliwa (tak na marginesie to nie tylko dla niej – Ásingerð też stoczyła z nią walkę). Skład się powiększył, wszyscy, którzy mieli taką potrzebę, napełnili żołądki, więc udaliśmy się w miejsce, gdzie miała odbyć się właściwa część zlotu – do Cybermachiny. Tam dołączyła do nas Niara – na razie bez Meridiona, bo ten musiał zaparkować samochód i miał jeszcze jedno zadanie do wykonania… ale o tym za chwilę, bo najpierw Królowa podzieliła się z nami wieścią o przygodach, jakie spotkały ją tego dnia. Otóż w trakcie odwiedzin w zoo została… ugryziona przez pazerną świnię! Kto by pomyślał, że to tak krwiożercze stworzenia, prawda? Całe szczęście Niara ma nadal komplet palców, choć jeden niepokojąco jej spuchł…

A potem się działo! Plotki, wspólne snucie planów tudzież knucie, opowiadanie o wątkach i postaciach, ale też prywatne rozmowy o tym kto gdzie pracuje, co się u niego dzieje, jakie ma plany… Aż nie sposób wszystkiego wymienić! Gdzieś w międzyczasie pojawił się pomysł, by skorzystać z uroków Cybermachiny i być może zagrać w Cards Against Humanity, lecz udało się zagrać dwie kolejki (a i to chyba niepełne?) nim pomysł został porzucony – było wiele ciekawszych rzeczy do obgadania niż skupianie się na jakiejś grze. I to po angielsku!

Na wzmiankę zasługuje jednak pewna bomba, która wybuchła około 19.00 – wtedy to okazało się, że nastąpił jakiś problem w komunikacji i Meridion zamiast dołączyć do nas w Cybermachinie poszedł pod Galerię Krakowską, gdzie miał odebrać aloesy w doniczkach przywiezione przez Wojenkę. Wszystko fajnie, lecz ona nadal była w pubie! Wszystko jednak dało się dogadać – Technomanta miał poczekać chwilę na parkingu, a Wojenka wraz z Wenszem zebrali się do powrotu do domu, bo w sumie i tak za pół godziny by wychodzili – czekała ich w końcu długa droga powrotna. Nim jednak wyszli, razem z Jane i Nevaeh wykorzystali moment, by poprosić Niarę o pozwolenie na stworzenie pewnej ragariańskiej rodzinki, którą sami zainteresowani określili jako patologiczną… Czy trzeba mówić jak niepokojąco to zabrzmiało? Zgoda wstępnie została udzielona, choć kto wie jaki będzie ciąg dalszy tej historii!

Niestety im dalej posuwał się wieczór, tym więcej osób musiało nas opuścić – jakoś trzeba do domu dotrzeć. A dla wielu była to podróż z przygodami! Sargybinisa deszcz dopadł już przy samym wejściu do Cybermachiny, Nevaeh zaś już praktycznie u celu natrafiła na małą powódź – całe szczęście do domu dotarła w jednym kawałku, a na progu przywitał ją stęskniony kot. Ostatnie zlotowe niedobitki rozeszły się chwilę przed północą i w ten oto sposób zakończyła się oficjalna część zlotu.

Ale to jeszcze nie koniec, bo już następnego dnia w znacznie mniejszym gronie – bo składającym się z Jane, Ritsel, Niary, Meridiona no i mnie – spotkaliśmy się na śniadanie w klimatycznym Edenie, gdzie dołączył do nas przesympatyczny cerber o imieniu Dexter, a z okna nieopodal obserwował nas pies, który przypominał trochę białą puchatą chmurkę i tak też został na potrzeby rozmów ochrzczony. Tego dnia mieliśmy dla siebie czas do wczesnego popołudnia, bo później każde udało się w swoją stronę.

I tak oto skończył się nasz trwający trzy dni zlot w Krakowie – na pewno nie ostatni w tym roku! Wszystkim uczestnikom dziękujemy, super było Was zobaczyć! A tym, którym nie udało się dotrzeć życzymy, by następnym razem się udało, bo im nas więcej tym weselej!

Buźka!

Wrocław, dinozaury, pająki i mydło

Ach, co to był za zlot! Zaowocował w wyjątkowe, nowe pomysły przejęcia władzy nad światem, dilerkę mydlaną, nowy rodzaj gry granicowej, odkrycie ciekawostek ze świata zwierząt i nie tylko, ślicznego dzidziusia Wonszlisztensteina, i mnóstwo ciekawych ploteczek…

W sobotę pogoda dopisywała. Było ciepło, ale nie upalnie, słońce przyjemnie świeciło, a na niebie ani jednej chmurki. W tak dobrą aurę nasza ekipa zjeżdżała się do Wrocławia już od rana.

Pierwszy przystanek: karczma „na ostatnim piętrze Wroclavi”. Tam w wybornym towarzystwie nasze ranne ptaszki piły eliksir kofeinowy zwany kawusią. W składzie: Eris, Jane, Xelliks, Nevaeh, Wonsz, Wojenka oraz ja, Gwen. Czas umilały nam opowieści o najciekawszych miejscach, w jakich kiedykolwiek byliśmy. Tak zaprawieni w dalszą podróż czekaliśmy na przyjazd A’mela. Na tę wyjątkową okazję włosy Wensza zostały odświętnie uczesane.

Kiedy A’mel do nas dotarł postanowiliśmy wyruszyć do centrum miasta, gdzie czekały na nas miłe niespodzianki. Po pierwsze – dołączyły do nas również Frigg, i Sanaya ze swoim ukochanym, a po drugie – Liszowi udało się puścić nas za darmolca do MovieGate – muzeum światowego kina.


Mogliśmy podziwiać głowę Aragoga (na całe szczęście nie posiadał reszty ciała…), siodło Bohuna, tarczę kapitana Ameryki, oryginalne mundury z II Wojny Światowej, monety ze skarbu Skrzyni Umarlaka i wieeele, wiele innych atrakcji.

Były znikające krasnale, studnie bez dna, twarze powielające się w nieskończoność, głowy na talerzu…

Potem całą grupką cudem wcisnęliśmy się do Vega Baru, gdzie nadszedł czas posilić się przed dalszą przygodą. Tam doszło do szmuglowania mydlanego towaru…. I zjedzenia potraw do złudzenia przypominających mięso. Tam również zaczął kiełkować pomysł na znakomity ziemniaczany biznes w Sharii. A to był dopiero wstęp, ponieważ jeszcze nie wybiła szesnasta godzina, kiedy oficjalnie rozpoczynał się zlot.

Koło fontanny czekali na nas Samiel i Déri. Skład był już prawie kompletny! Po krótkim spacerze dla rozprostowania kości po obiadku dostaliśmy wiadomość, że Niara i Meridion czekają na nas w barze, gdzie był już przygotowany dla nas komplet miejsc.

Karczmo „Pewexx”, przybywamy!

Bawiliśmy się znakomicie. Xelliks wymyślił nowy typ gry, gdzie na ślepo wybiera się potencjalny avatar postaci do forum i trzeba wymyślić, kim w świecie Alaranii taka postać mogłaby być.

A plotki, ploteczki i domysły…


Niara zdradziła nam, że gdzieś przechowuje tajemniczą skrzynię nagród… Za to ja dowiedziałam się, do czego NIE służą T-Rexowe łapki… Ktoś szepnął o tajemniczej nowej postaci, która na forum chce pełnić rolę Szarej Eminencji… Co z farmą ziemniaków w Shari? To wszystko wyjaśni się dopiero w przyszłości.

A w przyszłości planujemy już następny zlot! I to nie byle jaki! Ale o tym za chwilę, ponieważ zlot na imprezce w Pewexxie się nie skończył!

Następnego ranka granicowe „niedobitki”, czyli Sanaya z Maciejem, Frigg, Xelliks, Wojenka z Wenszem i ja, udaliśmy się na śniadanko w wyjątkowo urocze miejsce. Była to kawiarnia Monko. Tam w świetle dnia okazało się, że mamy ze sobą jeszcze jednego, wyjątkowo uroczego towarzysza. To malutki i jakże słodziutki wąż! Skąd on się tam wziął? Podobno oczy ma jak Liszu, a ciało Wensza… Nie wiadomo. Nie jest to jednak ważne, najważniejsze, że Profesor Snake przyjął go pod swoje skrzydła.

Zlot był bardzo udany i oby więcej takich zlotów! A skoro już o tym mowa, za nieco ponad miesiąc następny – i to nie byle jaki, bo Halloweenowy Zjazd w Poznaniu! Nasze stroje na to wyjątkowe święto mają jakoś zaprezentować nasze postaci – czy to w formie małych wskazówek, czy pełnego kostiumu – wszystko zależy od Was 😉 Do zobaczenia następnym razem, ja już nie mogę się doczekać!

Zlot relacjonowała dla Was nasza jedyna i wyjątkowa Gwen

Krakowie, przybywamy!

W ostatni weekend odbył się pierwszy po dłuższej przerwie zlot granicowy – miejsce akcji: Kraków. Impreza zaczęła się już w piątek – dla mnie o 15.40, gdy wsiadłam w autobus do Krakowa.
Tego wieczoru było nas jeszcze niewiele – pod japońską restauracją The Tokio Tower spotkałyśmy się we trzy: Jane, Sanaya oraz… Nevaeh! Tak, naszej bardce nareszcie udało się przełamać klątwę, która ciążyła nad nią podczas poprzednich zlotów! Oby od tej pory już zawsze udawało jej się dotrzeć na spotkania z nami. Niestety w sobotę Nev czekało wesele, ale…. Ale nie uprzedzajmy faktów. Dzięki Jane pełniącej rolę przewodnika tego wieczoru poznałyśmy kilka fajnych miejsc na Kazimierzu, a w następnych dniach to również ona prowadziła nas z jednej miejscówki do drugiej – za co z tego miejsca serdecznie dziękujemy! Jednak tego piątkowego wieczoru nie posiedziałyśmy za długo – ja byłam po podróży, Nev czekała wczesna pobudka, a poza tym na drugi dzień trzeba było być w pełni sił na właściwy zlot.


W sobotę o 7.30 liczna grupa zlotowiczów wyruszyła z Wrocławia. PKP jak zawsze nie zawiodło – część osób podróżowała w lodowni, a reszta w piekarniku, bo wiadomo, że klimatyzacja w wagonach działa w systemie zero-jeden: albo na maksa albo w ogóle. No i nie mogło obyć się bez małej obsuwy. Takiej… prawie półgodzinnej. Całe szczęście w Krakowie pogoda była piękna, a my z Jane dzięki temu, że zostałyśmy wcześniej ostrzeżone, mogłyśmy sobie spokojnie posiedzieć nad kawą i truskawkową herbatą.
A później nadszedł długo wyczekiwany czas spotkania! Do Krakowa dotarła reprezentacja Wrocławia w składzie: Frigg, Wojenka, Wonsz i Samiel. Na ten moment byliśmy w komplecie, mogliśmy więc ruszyć w miasto.

Kierunek: Dziórawy Kocioł, kawiarnia dla fanów Harry’ego Pottera. Spoko, mugoli też wpuszczają, ale przecież my jesteśmy jeszcze bardziej magiczni niż Harry więc i tak nie było obaw, prawda? Zasiedliśmy więc w magicznej, nawiedzanej przez puszczane z rzutnika duchy piwnicy. A gdy przyszło do składania zamówień… Nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy – przy naszym stoliku pojawiła się Nevaeh! Tak, tego dnia mimo wesela również znalazła chwilę, by do nas dołączyć! By to osiągnąć musiała stawić się u fryzjera skoro świt i stoczyć nierówną, ale całe szczęście zwycięską walkę z komunikacją miejską. I w tym momencie mogliśmy już definitywnie stwierdzić, że jesteśmy w komplecie!

W tym towarzystwie bawiliśmy się przez kilka godzin. Nev i Wonsz niezależnie zaopatrzyli nas w magiczne krówki z wróżbą – czytaliśmy je na głos i komentowaliśmy: niektóre były całkiem niezłym pomysłem na fabułę. Podrzucamy Wam zdjęcie tych papierków, które ocalały: może ktoś z Was znajdzie w nich inspirację?

Po wizycie w Dziórawym Kotle na moment musieliśmy się rozdzielić – część osób poszła odstawić Nev na przystanek (musiała zrobić się na bóstwo na wesele!), część poszła zameldować się w hotelu.

Obie misje zakończyły się sukcesem, więc mogliśmy ponownie zjednoczyć siły i poszukać tym razem miejsca na wspólny obiad – padło na Dominium, bo #zniżkistudenckie. Podczas zamawiania Wonsz udowodnił, że prawdziwy mężczyzna niczego się nie boi i na pytanie o kolor słomki do napoju odparł, że chce różową. Nad frykasami kuchni włoskiej (w Dominium – taaaa) mogliśmy dalej dyskutować, knuć i snuć plany na nowe fabuły i bohaterów. Jednym z owoców tych rozmów jest Rand – nowa postać Samiela, która właśnie powstaje. Nie by pomysł nie istniał już wcześniej, ale teraz pojawił się wystarczająco silny bodziec, by go ożywić. Poza tym być może pokusa Dearbháil od Jane nareszcie doczeka się towarzystwa? I jeszcze wiele, wiele innych!

Ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy – ci, którzy nie planowali noclegu, musieli zbierać się na pociąg. Wonsz nie bez przeszkód zamówił bilety – z PKP nigdy nie ma łatwo, prawda? – i cała trójka (bo jeszcze Wojenka i Samiel) zostali bezpiecznie odstawieni do wagonu. I dotarli bezpiecznie na miejsce!


A na miejscu zostałam ja – Sanaya – Frigg i Jane. Dla nas ten dzień się jeszcze nie skończył. Po szybkiej wizycie w sklepie Kuchnie Świata, w którym alchemiczka potrzebowała się zaopatrzyć, a dziewczyny chwilę czekały na nią przed wejściem (bo z telefonem nie wolno!) można było udać się gdzieś posiedzieć.

Kolejny dzień z japońskim jedzeniem i kubańską muzyką na Kazimierzu – a co! W takich okolicznościach i w takim towarzystwie można by siedzieć choćby do rana… Ale rozgoniła nas burza. Każda wróciła więc do siebie, ale rozstanie nie trwało długo – już następnego (deszczowego – niech to!) ranka spotkałyśmy się ponownie, na śniadaniu w kawiarence serwującej kwiatowe kawy latte. Rozmawiając o zdolnościach botanicznych każdej z nas spędziłyśmy czas aż do przyjazdu pociągu powrotnego, który niestety na stację zajechał jeszcze przed południem – cóż począć, trudno czasami znaleźć połączenie w czasach zarazy. Wsadziłyśmy Frigg w pociąg, ja udałam się na swój autokar, a Jane złapała z dworca autobus pod dom. I tak zakończył się ten – dla niektórych aż trzydniowy – zlot. Bardzo udany, zważywszy na niesprzyjające okoliczności! A kolejne na pewno będą jeszcze lepsze! Dlatego już teraz zapraszam was na następny granicowy zjazd, już za niecały miesiąc, bo 19-20 września we Wrocławiu. Liczę, że spotkamy się w jeszcze większym gronie! Do zobaczenia!

Poznań nigdy nie odpocznie! Relacja ze zlotu.

W weekend 17-18 listopada 2018 r. odbył się zjazd forumowy, który każdy przybyły z pewnością może określić jako… najzimniejszy. Nie sprawdzałam temperatury ani razu, wokół padały hasła na temat stopni, ale mnie nie trzeba było słów. Wystarczyło spojrzeć na opatulonych w szaliki i grube kurtki uczestników, na zaróżowione policzki, drżące dłonie, choć niektóre postępowania okazywały się aktem prawdziwego poświęcenia i heroizmu! Jak na przykład – nie założenie czapki, bo kocie uszka na opasce lub złota korona nie mogły zostać przykryte skrawkiem materiału, da! Trzeba było grać kota, choć w tym wszystkim okazało się, że akurat Cętka postąpiła najrozsądniej, bowiem wcieliła się ona w cętkowe futerko w postaci piżamy-kombinezonu z mordką niezbyt wygórowanych w inteligencje ślepi pantery. Tak! Z pewnością Cętka miała doskonały kamuflaż! Nikt przecież nie zwróci uwagi na panterę w mieście..!

Ekhm, a może jednak zacznijmy od początku?

Oficjalne „otwarcie” spotkania rozpoczęło się w galerii połączonej z dworcem głównym w Poznaniu. Gdzieś między McDonalden a KFC większość uczestników zdołała już przybyć. Wyściskaliśmy się, wygłaskaliśmy pieseła Talara, a Cętka (jak prawdziwa kobieta i dama!) kulturalnie spóźniła się na wspólne powitanie na rzecz przyodziania kociego futra. Właściwie do teraz zastanawiam się, co tak naprawdę ją wstrzymało – szukanie drobnych do płatnej toalety w galerii (skandal!), czy faktycznie złożony problem zmiany wizerunku z człowieka na kota…

Talar mógł poczuć się odrobinę zagubiony pośród dwóch ludzkich kotów, ale chyba szybko pogodził się z tą myślą, bo czemu zrezygnować z dwóch par rąk do miziania z powodu różnicy uszu?

Lecz nasza przygoda zaczęła się bezpośrednio właśnie na Dworcu Głównym w Poznaniu. Tego nikt się nie spodziewał. Tego nie przewidziałaby żadna wróżka (nawet tesusilowa!). Nagle świat Alaranii na chwilę przeniósł się do rzeczywistości, gdy rozpoczęło się… polowanie na jednorożca. Ów tajemnicze i niespotykane stworzenie utknęło przyklejone do sufitu z małą ilością helu w sobie! Trwał w jednej pozycji, obrócony rogiem do podłogi i delikatnie kołysał się pod wpływem niewielkiego przepływu wiatru na stacji. Zdeterminowana drużyna szybko obmyśliła plan. Nie do końca doskonały… ale się udał! Kula szalikowa, kilka rzutów, starbucks za plecami, uciekający mężczyzna z wózkiem oraz atuty lasso sprawdziły się w wykonaniu tego jakże heroicznego czynu! Zdominowała tu kobieca chęć zdobycia balonu w kształcie jednorożca – taka okazja mogła się już przecież nigdy nie trafić! Upolowany unicorn został przymocowany sznurkiem do płaszcza organizatorki, by następnie zejść po unieruchomionych ruchomych schodach w oczekiwaniu na Sanayę. Z pewnością widok jednorożca, kotów i Talara nie mógł nie ująć jej serducha!

Będąc już niemalże całkowicie całkowitą drużyną, mogliśmy ruszyć dalej! Jeżeli jednak myślicie, że i to było łatwym zadaniem to… nie, wykreślcie z programu „easy lvl” w przypadku zjazdu forumowego. Otóż czy jest rzecz łatwiejsza od dojazdu tramwajem do mieszkania Callisto, by zostawić rzeczy? Okazuje się, że łatwiej byłoby nam przenieść góry niż wejść całą drużyną do zatłoczonego tramwaju. Jednorożce mają pierwszeństwo. Tesusil tym razem sprytnie podążył za tęczową grzywą, najwidoczniej wyczuł neutralizujące fale unicorna względem swego „farta”, lecz chyba nie wszyscy byli świadomi tego, że podążając za mną niekoniecznie dokonują wyboru odpowiedniego. Mój plan był prosty. Krzyknąć, że wsiadam do dalszych drzwi i po prostu wejść. Z radością wskoczyłam na sam brzeg tramwaju, a za mną podążył sznurek kolejnych ryzykantów, którzy to kolejno wciskali się do ciasnej puszki zwanej tramwajem. Sama ustawiłam się w drzwiach, by wspierać towarzyszy swojej misji, lecz Reinar został wypchnięty przez tłum na przystanek. Nie traciłam jednak nadziei. Przynajmniej do momentu, w którym nie rozległo się charakterystyczne pikanie zamykających się drzwi. Panika ogarnęła mój blond łepek! Dzielnie walczyłam z drzwiami, klikałam przycisk ile się dało, palcami myślałam, że dokonam cudu starając się rozsunąć boczne, poruszające się ściany. Moja rozpacz rosła w oczach, lecz drzwi okazały się mechaniczne nieposłuszne – zamknęły się. Reinar został na zewnątrz. Tramwaj odjechał. Selekcja naturalna okazała się silniejsza. Z najkrótszym stażem Reinar został wyrolowany przez komunikacje miejską w Poznaniu! Panie Reinarze! Pomożemy Ci nabyć wyższy lvl w pisaniu na Granicy, aby już żaden tramwaj Cię więcej nie wyselekcjonował!

Na całe szczęście River wraz z narzeczonym oraz Talarem mogli podwieźć samochodem naszego młodzika do domu Calli, aby i on mógł zostawić swoje rzeczy. I jak zawsze w trafnym momencie, gdy wszyscy w oczekiwaniu na jego przybycie postanowili w końcu zdjąć buty i rękawiczki, rozległ się dzwonek do drzwi. Kurtki więc szybko wróciły na nasze ramiona, bo czekał nas najbardziej kultowy spacer, który chyba nigdy nie zostanie zapomniany (Callisto szczególnie hue hue;>).

Osobiście odczuwałam wielką przyjemność z większej części tej przechadzki. Po drodze odnalazłam drogowskaz prowadzący do Pyrlandii, lecz my kierowaliśmy swój krok w stronę Jeziora Maltańskiego. Sama wiążę z tym miejscem miłe wspomnienia, choć dopiero w sobotę miałam okazję obejść jego tak ogromny kawał. Mój mózg wyłącza się całkowicie w obecności wody, jako że jest to naturalne środowisko żab – nikogo to nie powinno dziwić. Momentami miałam ochotę stanąć i wpatrywać się w giętkie linie jeziora, podziwiać malutkie światełka optycznie odlegle ułożonego miasta i cieszyć się tą chwilą. Mój umysł bezczelnie wyprał się ze wszelkich przemyśleń, gdy to po raz kolejny zwróciłam głowę w kierunku Malty. To sprawiło, że w tym jednym momencie przestałam być pracownikiem, mój telefon nie sięgał rzeczywistości, a ja po prostu żyłam tym co było tu i teraz. Świadomością ilu cudownych ludzi mnie otacza, że wszystkich łączy ta sama pasja. Wydawałam się (sama dla siebie) nieco oderwana od towarzystwa (przynajmniej umysłem!). Czułam się tak, jakby nagle wyszedł ze mnie duch i stanął z boku doceniając tę chwilę. Ten zbiór jednostek, który śmieję się i przeklina pogodę. Wdychałam powietrze i dzieliłam się nim, jak i przestrzenią, z ludźmi, których coś łączy. Uczucie to jest odrobinę dziwne, bo zazwyczaj separują nas kilometry, nie słyszymy swojego głosu, czytamy komunikatory, a raz na jakiś czas możemy siebie zobaczyć. Wiem, że tego dnia nie było nas wszystkich, ale pozwoliłam sobie cieszyć się tymi, którzy są.

A potem, z mojego letargu budziły mnie powtarzające się słowa:

– Daleko jeszcze?
– Calli prowadzi nas do Zasiedmiogórogrodu.
– Może obchodzimy jezioro dookoła?
– Calli, daleko jeszcze?

Ta sielankowa (dla mnie) chwila miała swój koniec, gdy dotarliśmy do hałaśliwych ulic. Wówczas mróz znokautował moje policzki, nos, dłonie, uda… i właściwie cały mnie sparaliżował. Będąc nieopodal linii tramwajowych dotarł do mnie stan obejmujących wszystkich wokół, choć jak się później okazało – większość twierdziła, że najzimniej było nad jeziorem. Tak, jestem dziwakiem wśród dziwaków <3

Ale udało nam się! Dotarliśmy na rynek! I wiecie co? Odbyliśmy godzinny spacer tylko po to by spędzić w centrum Poznania może z dwadzieścia minut swojego życia? Obejmowało to zjedzenie makaronu na wynos, zamówienie kebsa, dwa shoty w Czupito, a potem zaliczenie żabki (sklepu!), by następnie wrócić do ciepłych kątów mieszkania Calli. A tam czas płynął nam jeszcze przyjemniej (głównie dlatego, że było ciepło haha!).

Dołączyli do nas założyciele forum, Meridion oraz Niara, a potem z wrodzoną intuicją (i pewne z Google maps) dotarły Kerhje oraz Hashira. Teraz mogliśmy dać upust naszej znajomości! Rozmowy i śmiech nie miały końca. Jednorożec zdobył rzeszę fanów oraz był chyba najczęściej fotografowanym elementem tego wieczoru. Cętka dokonała kultowego pchnięcia nożem w plugastwo, a Calli odkupiła swoje grzechy pizzą, lecz tak naprawdę, nad naszymi umysłami zawładnęła Fibby! Piesełka Callisto, która w życiu nie dostąpiła tylu pieszczot! Była głaskana, niechcący dokarmiana, no i pasowały jej kocie uszy. Z lekkim sercem mogę śmiało stwierdzić, że był to udany wieczór.

Oraz niedzielny poranek! Niestety ten dzień okazał się też tym smutnym, w którym przychodzi nam zawsze szybko żegnać uczestników zjazdu, lecz ci, co mieli okazję zostać jeszcze kilka godzin dłużej w Poznaniu doznali zaszczytu spotkania Kany! Uroczyście została przez nas powitania, ponieważ część uzbroiła się w najlepszy element garderoby – koszule. <3 Czas mijał, kolejne godziny zmuszały do opuszczenia Wielkopolski, ale myślę, że nikt nie żałował decyzji pojawienia się na naszym ala halloweenowym zjeździe.

Koniec brzmi ładnie, prawda? Ale dla skomplikowania sytuacji dodam, że Kana nie zdążyła na powrotny pociąg w niedzielę, a ja zostawiłam kilka rzeczy u Calli… w tym zielone, żabie spodnie. No i jeszcze na koniec końców chciałam pogratulować Tesowi za to, że pierwszy raz udało mu się złożyć śpiwór <3

Do zobaczenia następnym razem!

~Frigg


To teraz mała prywata ode mnie!

Kochani, nie macie pojęcia, jak cieszę się, że byliście. Było mi przesympatycznie Was gościć i żałuję tylko, że nie mogłam wszystkim poświęcić tyle uwagi, ile bym chciała – mam nadzieję, że Fibby nadrabiała za mnie! Jeśli o spacerek chodzi, to szczerze i zupełnie nie żałuję, następnym razem po prostu pójdziemy w lepszą pogodę, bo czeka na nas jeszcze poznańskie zoo latem! >3

Na koniec lista pozostawionych fantów:

– czarne słuchawki nausznikowe – sztuk 1, właściciel – Reinar,
– czarna czapka zimowa – sztuk 1, właściciel – Szopeł,
– zielone żabie spodnie – sztuk 1, czarna opaska – sztuk 1, właściciel – Żaba
– Kana, sztuk 1 <3 (bezpiecznie powróciła dnia następnego).

Zguby zostaną odesłane/odwiezione, zgodnie z życzeniem zapominalskiego ^.^

Ściskam Was wszystkich i każdego osobna,

~Callisto

 

Trójmiasto w szponach magii

Trójmiasto trwało w leniwej, sobotniej niewiedzy, gdy podstępne kreatury mroku, kapłanki, kotołaki i smoki schodziły się ze wszystkich stron, by ukradkiem snuć swoje mroczne plany. Spotkaliśmy się w tawernie zwanej Cybermachina, a nasze przybycie zwiastowała potężna ulewa. Miejsce, przytulne i suche ugościło nas iście fantastycznymi napitkami, które przywracały energię, zarówno tę życiową jak i magiczną. Gdy zebraliśmy się wszyscy w komplecie (a było nas sztuk jedenaście), rozpoczęły się rozmowy na tematy różne. Wkrótce wcieliliśmy się również w zgraję goblinów, które Mroczny Władca zagonił do poszukiwania kawy, a później gwoździ. Była to niebezpieczna wyprawa, pełna szalonych portali, psotnych sukkubów i nieuczciwych handlarzy pragnących oszukać biedne gobliny. Stawiliśmy im jednak czoła z odwagą godną małych, zielonych serduszek, po czym – już w swojej prawdziwej postaci, ruszyliśmy w dalszą podróż.

Podczas spaceru mieliśmy okazję podziwiać gdańską starówkę oraz Czarną Perłę, która właśnie przybijała do brzegu. Naszym następnym celem stała się piwnica lokalu Degustatornia, gdzie siedzieliśmy nad kuflami piwa i cydru, zasłuchani w morskie opowieści Jeremy’ego.

Ci z nas, którzy przybyli z daleka (a było nas całkiem dużo! Niektórzy nawet pod opieką kociej “przedszkolanki”, pojawili się w Gdańsku dzień wcześniej) i postanowili spędzić w Trójmieście noc, zostali wspaniale ugoszczeni przez Cętkę oraz jej ukochanego. Znalazły się tam dla nas kocie uszy, poduszkowy donat, ręcznie robione kwiaty i różne inne cuda. Rozmowy (nie tylko na Graniczne tematy) trwały do późna, aż wszystkich nas zmorzył sen.

(Jeśli wówczas wydarzyło się coś niebywałego, nikt się do tego nie przyznał. W każdym razie wszyscy przeżyli.)

Kolejny dzień najwcześniej odebrał nam jedną z Kronikarek – Hashirę, która chyba jako jedyna w ten sposób nie doznała godzinnego opóźnienia środku transportu. Później włóczyliśmy się jeszcze razem z kolorowymi balonikami w dłoniach, przepychając się pomiędzy magicznymi stoiskami jarmarku i szukając lutni dla naszego barda Tesusila. Później nadszedł czas na kolejne rozstania i Gdańsk w końcu uwolnił się od przedziwnej zgrai goblinów.

Ale z całą pewnością nie jest to koniec historii najazdów granicowych na bezbronne, polskie miasta!

 

“Donat nie pyta, Donat rozumie.
Było świetnie! Mam nadzieję, że w przyszłym roku znów uda się spotkać nad morzem.” ~Cętka

“Trauma przez dzielenie pokoju ze zwierzyńcem. Cętka robi najlepsiejsze naleśniki na świecie i wgl. było fajnie <3 “ ~Tesusil

“Zatrudnię diabła do starcia z powierzchni Ziemi Kart Dżentelmenów.” ~Kerhje

“Oddam prawa do Księstwa Sinsear za pociągi przyjeżdżające na czas. Ale tak poza tym to super było!” ~Satharin

“Tak dużo bram, tak mało czasu… W Gdańsku widziałem najlepsze żurawie w życiu!” ~Conan

“Wpadajcie częściej.” ~Jeremy

Wasi oddani Donosiciele: Hashira, Kerhje i Satharin 🙂

Po Wrocławiu krążyły smoki, elfy i wampiry!

Tak… to było… kawałek czasu temu! Ale było i nikt nie zapomniał! Spotkanie tkwi w pamięci forumowiczów, którzy domagają się więcej. Co właściwie? No wiecie! Tajne spotkanie wariatów i cichych marzycieli, którzy postanowili wspólnie wylec na ulicę. Ta, która spotkanie przeżyła (najprawdopodobniej mordercą był, Erremir, który dziwnym trafem nie pojawia się na żadnym ze zdjęć) postanowiła nam o nim opowiedzieć. Oddajemy akapity Frigg:

Dnia 7 lipca 2018 r. forumowicze zawładnęli wrocławskimi ulicami!

Pogoda nam dopisywała, z każdą godziną zjawiało się nas coraz więcej. Głównie zwiedzaliśmy okoliczne knajpy na rynku we Wrocławiu, a tam… a tam czekały nas małe przygody. Wystąpiła niezwykła fascynacja pupilem, jaki przybył wraz z River. Talar – ukochany psiak naszej moderatorki, poznał swego starszego, rasowego kumpla. Mogliśmy się więc dowiedzieć na jakiego dzielnego pieseła on wyrośnie! A na pewno ogromnego…

Tak czy siak, Talar zawładnął sercem każdego uczestnika tego spotkania, który miał okazję go poznać. Siedział grzecznie (jak na możliwości szczeniaka!), podgryzał okoliczne krzesła, ale po podaniu mu gryzakowej lalki albo potarmoszeniu go po brzusiu, jego zainteresowanie drewnem momentalnie odchodziło gdzieś na bok. Radosne podskoki, piękne oczy, za które każdy chciał oddać swoje ciasteczko sprawiły, że część z nas odkryła restauracje, w których przyjmują kochanych futrzaków. To będzie z pewnością przydatna informacja na przyszłość!

Uznano nas także za rosyjskich szpiegów!…. Przy czym nie jestem pewna, jak do tego doszło. To były bardzo oryginalne rozmowy z zagranicznymi ludźmi, którzy płacili piątaka za barwny napój (i to dosłownie! Występowały żelki, tęcze oraz strzykawki – czy to też brzmi niepokojąco?). Było wesoło, a uśmiechy oraz dziwne myśli nie odstępowały nas na krok.

Zaraz po tym złapaliśmy kolejnych forumowiczów i dalej… było trudno o miejsca w jakiejkolwiek knajpie. Akurat trwał Mundial 2018, więc okoliczne restauracje pękały w szwach. Po dłuższych poszukiwaniach i chwilowym załamaniu natrafiliśmy na lokal, gdzie znalazły się dwa wolne stoliki, które połączyliśmy. Siedzieliśmy tam niemalże do samego końca trwania spotkania. Wówczas toczyły się rozmowy odległe, nieprzewidywalne, specyficzne, ale przeplecione pełną radości! Czyli takie na miarę naszych możliwości. Wyobraźnia potrafiła ponieść nas daleko, poza granice realności, ale były też tematy bardziej przyziemne. Oczywiście nastąpiła również mini sesja zdjęciowa, bardzo okrojona, ale pamiątkowa i symboliczna!

Jako nocna eskapada odwiedziliśmy McDonald’s, co dało nam kolejną możliwość pośmiania się, lecz po tym nastąpiło smutne pożegnane i rozejście się w swoje strony. Przynajmniej w większości, bo część nocująca u mnie mogła jeszcze chwilę nacieszyć się swoim towarzystwem. Dziękuję Prasmokowi, że nikt nie zdecydował się na pociąg o 7 rano, choć i tak moje oczy otworzyły się o okrutnej 5 godzinie. Cóż to było za zdziwienie, gdy zobaczyłam rozciętego palca u stopy, gdy tuż przed położeniem się spać z rąk wypadł mi (jak się okazało dla mnie ciężki!) power bank Sanayi, a chcąc ochrzcić nasze spotkanie nie minęło 10 min w moim mieszkaniu, by Tesusil zbił moją dużą szklankę. Każda jednak cena byłą warta tego spotkania.

Trzymam kciuki by i kolejne zjazdy były równie barwne, albo jeszcze bardziej kolorowe! Z większą ilością osób, albo na nieco dłużej? Widzę las rąk! A ja bardzo lubię las!

Pamiętajcie moi drodzy, ranny palec czy zbite szkło nie zastąpi chwil, gdy możemy siedzieć razem.

Mam nadzieję, że ponownie się spotkamy. <3

I to jeszcze w większym gronie!

Uściski z relacji, Frigg.

“Było fajnie.”
~ Szopeł, zwany Conanem

“”Łiiiiiiiiiiiiiiiiiiii *_*”
~ Callisto, skryta za obliczem kota w kapeluszu

“Pozdrawiam tych fajnych afroamerykanów z barku. Anglia życiem!”
~ Jane, ta niewidzialna

 

Dla tych, których spotkanie to ominęło, proponujemy kolejne w Gdańsku. Z pewności jednak będzie ich jeszcze więcej i więcej. Dobrego nigdy za wiele. 😉

Hashira, Kerhje i Satharin

Poznajcie Administrację i nie tylko!

Kochani, specjalnie dla Was mamy jedyne w swoim rodzaju zdjęcia, naszej administracji i użytkowników. W sobotę 19.05.2018 odbył się mini zlot naszego forum, w związku z tym spotkała się między innymi żeńska część Administracji, to jest Frigg, Niara i Callisto. Zapewne część z Was nigdy wcześniej nie widziała naszych adminek w realnym świecie. Teraz macie niepowtarzalną okazję to nadrobić. I tak po lewej Frigg, Niara (w środku), Callisto (po prawej)

I jeszcze jedna fotka, tym razem w większym gronie i już z podpisami naszych kochanych użytkowników 🙂 Miłego oglądania!

I jeszcze jedno zdjęcie z naszą kochaną Kerhje 🙂